To, o czym myślisz, staje się prawdą

Uwielbiam nalepkę na zderzak, która głosi: „Nie wierz we wszystko, co pomyślisz”.

W moim mózgu czasem lęgną się straszne bzdury. Wydumane lęki. Urazy. Dramaty. Jest jak kino, które w niektóre dni wyświetla najgorsze filmy klasy B.

Mój przyjaciel Aaron, zdrowiejący alkoholik, wygłosił kiedyś głęboką refleksję:

– Mój mózg próbuje mnie zabić.

Roześmiałam się, ale potem zdałam sobie sprawę, że mnie również to dotyczy.

Wyobraź sobie, że możesz nagrać wszystkie swoje myśli i odtworzyć je ponownie. Nie przyjaźniłabym się z kimś, kto ma o mnie tak negatywną opinię. Albo, jak powiedział inny przyjaciel z AA:

– Muszę eksmitować tych, którzy mieszkają kątem w mojej głowie.

Kiedy wyeksmitujesz te myśli, będziesz mógł zaprosić nowe. Wspaniale byłoby móc spojrzeć na własne myśli z pewnego dystansu. Podoba mi się przyrząd z książek o Harrym Potterze, który pozwala zgrać zawartość swojego mózgu i zobaczyć mgławicę myśli i wspomnień zaśmiecających umysł. Nazywa się to myślodsiewnia i wygląda jak ogromna, płytka misa z kamienia. Ten fikcyjny przyrząd służy do odsiewania wspomnień lub nadmiaru myśli. Później można im się przyjrzeć z perspektywy obserwatora i zobaczyć rozmaite wzory, powiązania i nawyki, które obciążają umysł albo go uwalniają.

Myśli, które mnie dręczą, zwykle wynikają z braku wiary w siebie. Kto z nas nie czuje się w środku jak nieudacznik? Okazuje się, że z tym problemem boryka się wiele osób. Czytałam kiedyś artykuł w „Wall Street Journal” o zjadliwych komentarzach, który słyszymy we własnej głowie. Uderzył mnie jego nagłówek: „Jak uciszyć głos, który ci mówi, że jesteś oszustem”.

Wielu z nas nosi w sobie pasożyta, krytyka wewnętrznego, współlokatora pozbawionego dobrych manier. Nawet ci, którzy w oczach świata odnoszą sukcesy – lekarze, menedżerowie i naukowcy – zmagają się z niemilknącym wewnętrznym głosem, który powtarza im, że nie są dość dobrzy.

Czy kobiety cierpią na ten problem częściej niż mężczyźni? Trudno powiedzieć. Ja sama za dużo myślę, podobnie jak większość znanych mi kobiet. Większość moich znajomych mężczyzn ma coś w rodzaju wyłącznika. Jeśli tuż przed snem usłyszą złą wiadomość, martwią się nią dwie minuty, a potem mówią sobie „dobranoc” i śpią w najlepsze. Tymczasem ich żony przewracają się z boku na bok przez pół nocy, roztrząsając konsekwencje.

Faceci chowają się do swojej jaskini, żeby mieć święty spokój. Może nie słyszą w głowie żadnych głosów, tylko uciekają przed tym, co wylewa się z naszych ust. Rzadko wiem, o czym myślą mężczyźni. Kiedy pytam o to mojego męża albo synów, zwykle odpowiadają: „O niczym”. Nie wszyscy mężczyźni są tacy. Spotkałam kilku, którzy niemiłosiernie cierpią.

Mój przyjaciel Rob codziennie wybiera się na spacer ze swoimi wątpliwościami i krytykuje się za wszystkie błędy oraz niedoskonałości, które w sobie dostrzega. Nazywa to „codzienną drogą przez mgłę”.

Podobnie jak mózg Roba, mój też produkuje mnóstwo idiotycznych myśli. Nie potrafię znaleźć wyłącznika, ale przynajmniej uczę się ściszać samokrytykę. Musiałam coś zmienić po tym, jak zdobyłam maksymalną liczbę punktów w teście „Wall Street Journal”, który sprawdzał, jak krytycznie do siebie podchodzę. Na skali dysfunkcjonalnego podejścia zakwalifikowałam się do kategorii „wysoki poziom samokrytyki i perfekcjonizmu”.

Stale mi się wydaje, że ludzie źle o mnie pomyślą, jeśli popełnię jakiś błąd. Tymczasem oni z dużym prawdopodobieństwem wcale o mnie nie myślą. Z drugiej strony jestem felietonistką w gazecie, więc czytelnicy, którzy się ze mną nie zgadzają, nagrywają mi całe tyrady na poczcie głosowej i zostawiają złośliwe komentarze na moim blogu, dlatego czasem niełatwo mi uwolnić się od negatywnych myśli.

Próbowałam zastąpić je myślami pozytywnymi. Przyklejałam sobie afirmacje w szafce w łazience i czytałam je co rano. Ale wszystko się zmieniło dopiero wtedy, gdy zrozumiałam, że moje myśli tworzą moją rzeczywistość. Jaką rzeczywistość chcesz dla siebie stworzyć? Przerażającą? Przyjazną? Radosną? Smutną? Często robię sobie chwilę przerwy, żeby odpowiedzieć na pytanie: „Czy chcesz być szczęśliwa?”. A potem mówię sama do siebie: „W takim razie myśl i zachowuj się, jakbyś była szczęśliwa”.

A jak eksmitować wewnętrznego krytyka?

Pomogły mi w tym wskazówki doradców oraz terapeutów, do których chodziłam przez wiele lat, a także przyjaciół z grupy dwunastu kroków i autorów inspirujących książek:

Prowadź dziennik i rejestruj swoje myśli. Po kilku tygodniach przeczytaj wszystko i sprawdź, jakie nawyki cię ograniczają. A potem zastanów się, jak je przełamać dzięki nowym myślom i działaniom. Ćwicz pozbywanie się negatywnych myśli, gdy tylko się pojawią i uznasz je za niezdrowe. Mnie pomaga noszenie w kieszeni fiszki z jedną pozytywną myślą na zapas, którą wykorzystuję jako „myśl zastępczą”. Czytam ją i powtarzam sobie raz po raz, kiedy zaczyna mnie ogarniać zwątpienie. Wpuszczam do umysłu pozytywną myśl, a negatywną z niego wyrzucam.

Skup się na tym, jak możesz wesprzeć innych. Kiedy nie wiesz, co robić, pomóż komuś innemu i przestań myśleć o sobie.

Odwracaj swoją uwagę od uporczywych myśli. Za każdym razem, kiedy zrozumiesz, że się zadręczasz, powiedz sobie coś, co cię rozluźni i odwróci twoją uwagę od zmartwień. Użyj słów, które oderwą cię od negatywnych myśli – na przykład: deser lodowy, słoneczniki, wakacje.

Przeznacz pół godziny dziennie na to, by się pozamartwiać. Wybierz konkretny moment i przez resztę dnia przypominaj sobie: „To nie jest na to czas”, i odkładaj te myśli na bok.

Pod koniec każdego tygodnia spisuj wszystkie małe sukcesy, zwycięstwa i szczęścia – i rozkoszuj się nimi.

Pomogły mi również rady przyjaciół należących do klubu AA. Stale mi powtarzają, żebym kontrolowała swoje myśli, żebym nie wierzyła we wszystko, co mi przyjdzie do głowy, tylko zastanowiła się, co jest źródłem każdej refleksji: prawda czy fałsz. Nauczyłam się zadawać sobie pytania:

„Czy ta myśl to prawda, czy może jakiś wymysł, który mnie przeraża?”

„Czy istnieją solidne dowody, że to prawda? Czy trzymanie się tej myśli wzbogaca mnie, czy zubaża?”

„Czy myśląc w ten sposób, zwiększam czy zmniejszam swoją szansę na szczęśliwe, radosne życie w wolności?”

„Czy myśląc w ten sposób, zbliżam się do radości, której dla siebie pragnę, czy oddalam od niej?”

Pyk. Pyk. Pyk. Te pytania przebijają każdą bańkę z negatywnymi myślami, która pojawia się w mojej głowie. Możesz się z tego śmiać, ale lepiej najpierw sam tego spróbuj.

Czasami nadal zmagam się z przekonaniem, że nie jestem wystarczająco dobra. Pewnego lata modliłam się na plaży o to, żeby raz na zawsze uwolnić się od tej myśli. Wbiłam wzrok w horyzont i zapytałam:

– Kiedy w końcu uwierzę, że jestem dość dobra? Jak się wyleczyć z tego kompleksu? Odpowiedź była błyskawiczna i dość głośna, by przebić się przez szum fal: „Pomagając innym uwierzyć, że są dość dobrzy”.

Bingo. Nawet mój krytyk wewnętrzny nie miał żadnych zastrzeżeń.

 

 


Źródło: Regina Brett, Be the miracle. 50 lessons for making the impossible possible, Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi