Usuńcie słowo „nierówność” z leksykonu ekonomistów

Amerykański filozof C. L. Stevenson ukuł termin „definicja perswazyjna”, który oznacza przemycanie kontrowersyjnych poglądów za pomocą przymiotników i rzeczowników. Obecnie obserwujemy inwazję perswazyjnych, abstrakcyjnych rzeczowników. Szczególnie modne jest słowo „nierówność”. Założenie, przemycane w tym słowie, jest następujące: równość jest normą, a odstępstwa od niej muszą być uzasadnione.

Ludzie osiągają prawdziwą równość dopiero w grobie (a czasem nawet i tam jej nie ma - Mozart został pochowany na cmentarzu dla nędzarzy).Całe to gadanie o równości, jako stanie naturalnym, służy tylko do odwracania uwagi od naprawdę niepokojących zmian w dystrybucji dochodów i bogactwa.

Nie jest trudno podważyć poglądy egalitarystów. Jakie dochody mają być wyrównywane: poszczególnych obywateli, czy rodzin? Gdzie leży granica satysfakcji finansowej: powyżej, czy poniżej średnich dochodów?

Przeciwnicy egalitaryzmu mają niezły ubaw, dowodząc, jak mało zyskałby przeciętny obywatel, gdyby tych, którym powodzi się najlepiej, pozbawić nadwyżek dochodów lub bogactwa. Dochodzimy do wniosku, że egalitaryści są motywowani zazdrością i zawiścią. Bardziej pozytywne jest mówienie, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie”. Bezrobotny na Zachodzie ma dostęp do wszelkiego rodzaju usług, telewizji i nowoczesnego leczenia. Król Edward VII nie miał tego wszystkiego.

Ale ta linia obrony też już padła. Niektóre szacunki wskazują, że w USA od 1970 r. nie odnotowano wzrostu średnich realnych płac. W Wielkiej Brytanii jest jeszcze gorzej. Nawet w stosunkowo egalitarnych krajach skandynawskich doszło do spadku realnych zarobków.

Można spekulować na temat sił, stojących za tymi trendami. Wyjaśnieniem może być wpływ nowych technologii na sytuację pracowników fizycznych i umysłowych. Ale wątpię, czy byłby on tak duży, gdyby nie globalizacja. Setki milionów biednych robotników z Azji zaczęły konkurować z braćmi z Europy i Ameryki Północnej.

Wiele z rozwiązań prawnych, proponowanych przez lewicę, tylko pogorszy sprawę. Prawica nie jest lepsza. W Wielkiej Brytanii mieliśmy dziwne widowisko: konserwatywny minister wezwał do podniesienia płacy minimalnej. Natychmiast przejrzałem jego fortel. Jeśli wzrosną zarobki, wzrosną też podatki, a tym samym, korzyści dla Skarbu Państwa.

Był czas, kiedy prawicowe środowiska akademickie podkreślały, że podwyższenie kosztów pracy spowoduje wzrost bezrobocia. W każdym przypadku podnoszenie płac winduje koszty i pogarsza sytuację. Można to skompensować dewaluacją. Ale co wtedy z celem inflacyjnym rządu? I czy realne płace zyskałyby na tym? Dewaluacja to zwykle sposób na cięcie realnych płac, wprowadzane tylnymi drzwiami.

Wiele innych propozycji złagodzenia presji, wywieranej na masy pracujące, należy do kanonu polityki większości rządów co najmniej od czasu II wojny światowej. Niektóre są echem mniej udanych aspektów Nowego Ładu, wdrożonego przez Roosevelta, jak np. odbudowa siły związków zawodowych.

Ale spójrzmy na wiele prostszych pomysłów. Nierówności mogą zostać zmniejszone za pomocą podwyższenia progów podatkowych i selektywnych świadczeń społecznych. To, czy środki na to powinny pochodzić z wyższych podatków, nałożonych na środkową i górną grupę dochodową, czy z deficytu budżetowego, zależy od koniunktury gospodarczej. To jest prosta ekonomia, której George Osborne, minister skarbu Wielkiej Brytanii, nie chce zrozumieć.

To, jak dalece można wykorzystać metody fiskalne do bardziej równomiernej dystrybucji dochodów i bogactwa, zależy od skali geograficznej takich działań. Rząd małego lub średniego kraju, działając na własną rękę, ryzykuje ucieczkę przedsiębiorców do innych krajów, gdzie podatki są niższe. Ale gdyby więcej państw działało w porozumieniu, byłoby mniej takich możliwości ucieczki.

 Na podst. Banish ‘inequality’ from the economist’s lexicon, Samuel Brittan, The Financial Times

 

Sieci społecznościowe

Tagi