WGLĄD I ROZUMIENIE Anthony de Mello

Jakie warunki należy spełnić, by zmienić siebie? Choć poświęciłem tej sprawie już tak
wiele miejsca, to jednak teraz pragnę tej kwestii przyjrzeć się z bliska. Po pierwsze – wgląd.
Nie wysiłek, nie pielęgnowanie nawyków, nie posiadanie ideałów. Ideały wyrządzają dużo
zła. Cały czas poświęcasz na koncentrowanie się na tym, co być powinno, a nie na tym, jak
jest. Narzucasz więc rzeczywistości swoje wyobrażenia, nie rozumiejąc najpierw, czym ona
jest w rzeczywistości. Przytoczę przykład z własnej praktyki. Zgłosił się do mnie pewien
ksiądz, twierdząc, że jest leniwy, ale pragnie być pracowity i bardziej aktywny. Tymczasem
ciągle jest leniwy.
Pytam go, co znaczy "leniwy"?
Dawniej powiedziałbym mu:
– Sporządź listę rzeczy, które chcesz codziennie zrobić, a następnie co wieczór odfajkuj to,
co udało ci się wykonać i w ten sposób poprawiasz swe samopoczucie. Niech takie
postępowanie stanie się twoim zwyczajem, nawykiem.
Albo zapytałbym go:
– Kto jest twoim ideałem, świętym patronem? A jeśli odpowiedziałby na przykład, że
Franciszek Ksawery, odpowiedziałbym:
– Patrz, jak dużo pracował Ksawery. Musisz medytować nad nim, pomoże ci to. Jest to
jeden ze sposobów rozwiązywania takich spraw, ale z przykrością muszę stwierdzić, że
sposób ten jest powierzchowny. Angażowanie woli, wysiłku na długo nie pomaga. Zmienić
się może zachowanie, ale nie osoba. Teraz radzę inaczej. Mówię mu zatem:
– Leniwy, co to znaczy? Istnieje milion rodzajów lenistwa. Powiedz, na czym polega twoje
lenistwo. Scharakteryzuj to, co nazywasz lenistwem. Na co odpowiada:
– Dobrze, nigdy nie mogę niczego skończyć. Nie chce mi się nic robić.
– Chcesz powiedzieć, że tak dzieje się od momentu, gdy wstajesz?
– Tak, budzę się rano i nie ma nic, dla czego warto byłoby wstać.
– Jesteś więc przygnębiony?
– Tak można byłoby to nazwać. Jest to jakiś rodzaj apatii.
– Czy zawsze taki byłeś?
– No, nie, nie zawsze. Gdy byłem młodszy, byłem aktywniejszy. W seminarium pełen
życia.
– Kiedy więc to się zaczęło?
– O, jakieś trzy... cztery lata temu...
Pytam go, co istotnego wtedy się wydarzyło. Myśli przez chwilę, wobec czego przerywam
to milczenie:
– Jeśli aż tak głęboko musisz się zastanawiać, to pewnie nic szczególnego wówczas, przed
czterema laty, się nie zdarzyło. A rok wcześniej?
– No tak, tamtego roku przyjąłem święcenia kapłańskie – odpowiedział.
– Czy coś jeszcze wydarzyło się tamtego roku?
– Nic bardzo ważnego, chodzi o końcowy egzamin z teologii. Oblałem go. Byłem trochę
rozczarowany, ale jakoś przebolałem. Biskup zamierzał wysłać mnie do Rzymu, miałem
zostać wykładowcą w seminarium. Bardzo mi to odpowiadało, ale ponieważ oblałem
egzamin, biskup zmienił zdanie i wysłał mnie do tej parafii. W gruncie rzeczy było to trochę
niesprawiedliwe, bo...
Narastała w nim złość, złość której jeszcze nie przetrawił. Musimy przepracować tę swoją
porażkę. W takiej sytuacji prawienie kazań nie ma sensu. Nie ma też sensu podsuwanie
jakichś pomysłów. Musimy doprowadzić do tego, by człowiek stanął twarzą w twarz ze swoją
złością i rozczarowaniem, by uzyskał wgląd w swe emocje. Kiedy zdoła to przepracować,
powróci znowu do życia. Gdybym go surowo upomniał, to jedynie powiększyłbym jego
poczucie winy. Wcześniej mówił, jak bardzo ciężko muszą pracować jego bracia i siostry.
Brak mu wglądu w siebie, który by go uleczył. Jest to więc sprawa najważniejsza.
– Wielkim zadaniem – powiedziałem mu – jest rozumienie. A jak sądzisz – czy to cię
uszczęśliwi? Po prostu założyłeś sobie, że w ten sposób pozyskasz szczęście. Dlaczego
postanowiłeś wykładać w seminarium? Ponieważ chciałeś być szczęśliwy. Sądziłeś, że bycie
profesorem, posiadanie pewnego statusu i prestiżu, da ci szczęście. Czy tak się stało? Nie, jest
ci potrzebne zrozumienie.
Ogromną pomocą w identyfikacji tego, co się dzieje, jest rozróżnienie pomiędzy "ja" i
"mnie". Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Przychodzi do mnie młody ksiądz, jest uroczy i
utalentowany. Ale w jakiś dziwny sposób zbzikowany. Był postrachem otoczenia. Zdarzały
mu się nawet pobicia. Sprawa otarła się o policję. Do czegokolwiek się zabierał, na przykład
do zarządzania gruntami rolnymi lub szkołą, zawsze po pewnym czasie pojawiały się
problemy. Odbył nawet trzydziestodniowe rekolekcje w miejscu, które my jezuici nazywamy
Tertianship, gdzie oddawał się codziennym rozmyślaniom o cierpliwości i miłości Jezusa
wobec upośledzonych. Wiedziałem jednak, że to nie przyniesie efektów. Niemniej jednak
powrócił do domu, a wyraźna poprawa trwała przez okres trzech czy czterech miesięcy (ktoś
powiedział, że większość rekolekcji zaczyna się od "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego", a
kończy je "jak było na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen"). Po upływie tego
okresu zaczął się zachowywać jak dawniej. Przyszedł więc z tym do mnie. Byłem wówczas
bardzo zajęty. Mimo iż przyjechał z innego miasta w Indiach, nie mogłem poświęcić mu
czasu. Wystąpiłem więc z propozycją:
– Idę na wieczorny spacer, jeśli chcesz, chodź ze mną, ale więcej czasu nie mogę ci
poświęcić.
Poszliśmy razem. Znałem go już wcześniej, a kiedy spacerowaliśmy tknęło mnie dziwne
przeczucie. Kiedy coś takiego mi się zdarza, konfrontuję to z konkretną osobą. Powiedziałem
mu więc:
– Mam jakieś dziwne przeczucie, że coś ważnego ukrywasz przede mną, czy to prawda?
Zareagował gwałtownie. Poczuł się urażony.
– Co przez to rozumiesz? Czy sądzisz, że udawałbym się w tak długą podróż i prosiłbym,
abyś poświęcił mi trochę czasu po to, bym coś miał przed tobą ukrywać? – zapytał.
– No, tak. Tylko że coś takiego przyszło mi do głowy, to wszystko. Pomyślałem, że będzie
lepiej, jeśli to sprawdzę i po prostu ciebie o to zapytam.
Kontynuowaliśmy spacer. Niedaleko miejsca, w którym mieszkam, jest jezioro. Pamiętam
tę scenę bardzo dobrze. Powiedział:
– Czy moglibyśmy gdzieś tu usiąść?
– W porządku – odpowiedziałem.
– Masz rację. Coś przed tobą ukrywam – powiedział i wybuchnął płaczem. – Chcę
powiedzieć tobie coś, czego nikomu nigdy nie mówiłem od czasu, gdy wstąpiłem do zakonu.
Mój ojciec umarł, gdy byłem mały, a matka musiała iść na służbę. Jej praca polegała na
sprzątaniu łazienek. Czasami musiała pracować po szesnaście godzin na dobę, aby nas
utrzymać. Tak bardzo się tego wstydzę, że trzymam to w tajemnicy i wciąż irracjonalnie się
mszczę.
Negatywne uczucia zostały przeniesione na służbę. Nikt nie mógł pojąć, dlaczego ten
czarujący mężczyzna coś takiego robił. Jednak z chwilą, gdy on to pojął, nigdy już nie było z
nim problemów. Nigdy. Był uleczony.

Sieci społecznościowe

Tagi