Współdzielenie prosperity to imperatyw moralny

Proponuję następujący cel dla USA: wzrost gospodarczy, który działa na rzecz wszystkich Amerykanów, i miejsce pracy z przyszłością dla każdego chętnego pracownika.

Wzrost ten jest czymś więcej, niż celem materialnym. Jest także przedsięwzięciem etycznym. Jak to ujął Benjamin Friedman, „Wartość podnoszenia standardu życia nie leży tylko w konkretnej poprawie życia jednostek, ale w tym, jak kształtuje społeczny, polityczny i wreszcie – moralny charakter ludzi”.

Wzrost standardu życia zwykle przynosi więcej możliwości, mobilności społecznej, tolerancji dla inności, uczciwości i demokracji. Natomiast spadek lub stagnacja oznaczają mikry postęp w osiąganiu tych celów, a często cofanie się.

Szeroko pojęta prosperity to smar dla machiny państwa i spoiwo społeczeństwa. Dlatego główne pytanie dla Ameryki brzmi: czy następna generacja stoi w obliczu powszechnie dzielonej pomyślności, czy dalszego zastoju albo wręcz erozji swego standardu życia?

Sam wzrost gospodarczy nie wystarczy, aby był dobrobyt. Byliśmy innego zdania przez 3 powojenne dekady, bo przegapiliśmy ówczesne szczególne okoliczności, przekładające się na rozwój klasy średniej. Charles Wilson, prezes General Motors, nominowany na sekretarza obrony przez Eisenhowera, oddał je w swej wypowiedzi z 1953 r.: „(…) to, co dobre dla kraju, jest dobre dla General Motors i vice versa”.

Pół wieku później relacja między interesem korporacji, a interesem narodowym jest dużo bardziej wątła. Globalizacja i technologie radykalnie zmieniły równowagę między pracą a kapitałem, uruchamiając erozję powojennej klasy średniej.

Na jednym końcu mamy wysoko wykwalifikowanych profesjonalistów, a na drugim – nisko płatnych pracowników handlu i usług. Ubywa pracy dla osób pośrodku. Wielka Recesja i jej skutki tylko to przyspieszyły.

W ostatnich dziesięcioleciach różnica między wynagrodzeniami liderów korporacji a płacą ich pracowników wielokrotnie się zwiększyła. Sektor finansowy wyprodukował fachowców, którzy cieszą się niewyobrażalnym bogactwem. Tymczasem rodziny z klasy średniej ubożały, a wielu rodziców martwi się, że ich dzieciom będzie tylko gorzej.

Druga połowa lat 90. to ostatni czas, gdy wszystkie ekonomiczne grupy, od tej najniżej do tej najwyżej, szły w górę w z grubsza podobnym tempie. To nie przypadek, że było wtedy pełne zatrudnienie, które jest czymś więcej, niż kwestią materialną. W nowoczesnych społeczeństwach praca pomaga organizować życie. Jest kluczem do pewności siebie i społecznego szacunku. Sprzyja silnym, stabilnym rodzinom i zdrowszym społecznościom, wzmacnia zaufanie między obywatelami i państwem.

Długotrwałe bezrobocie wszystko to osłabia, sprzyjając przemocy, zniszczeniu i, co jest najgorsze – poczuciu bezradności.

Powinniśmy uznać pełne zatrudnienie za priorytet polityki gospodarczej i powitać wzrost płac, jaki to wygeneruje. Ponieważ wskutek globalnej konkurencji firmom nie będzie łatwo podnosić ceny, wyższe płace mogłyby pochodzić z zysków, które dziś stanowią ponad 10% dochodu narodowego – najwięcej w okresie powojennym.

Zmiana ta może okazać się problematyczna, jeśli biznes nie będzie miał pieniędzy na inwestycje. Ale bez niej, będzie to, co teraz: duże przedsiębiorstwa akumulują góry gotówki, której w nic nie angażują, albo wydają ją na fuzje i wykup akcji własnych.

Możemy dyskutować, jak osiągnąć szybszy i bardziej powszechny wzrost, i stale wysokie zatrudnienie. Lecz na same te cele powinny przystać wszystkie partie, tak jak zrobili to już zwykli Amerykanie.

Sieci społecznościowe

Tagi