Wszyscy robimy to samo. Różnica polega na tym, jak to robimy

Każda z nas przyniosła prezent na przyjęcie z okazji zaręczyn koleżanki, ale jeden podarunek szczególnie rzucał się w oczy. Był tak pięknie zapakowany, że przyszła panna młoda nie chciała go otworzyć. Pudełko owinięto srebrnobiałym papierem i przewiązano wstążką w odcieniach złota, zieleni i bordo. Całość wieńczyła kiść bardzo realistycznie wyglądających winogron. Efekt był olśniewający. Pakunek przypominał raczej ozdobę na stół weselny niż prezent zaręczynowy. Wszystkie się nim zachwycałyśmy, zastanawiając się głośno, który sklep tak wspaniale go zapakował. Okazało się, że żaden – zrobiła to osoba, która go przyniosła, moja sąsiadka przy stole. Nigdy nie zapomnę, co powiedziała Sandy Horton, kiedy pogratulowałam jej pomysłu: – Dawno temu ktoś mnie nauczył, że wszyscy robimy to samo. Różnica polega na tym, jak to robimy. Często o tym myślę, szczególnie gdy spotykam ludzi, którzy wykonują najzwyklejszą, niewdzięczną pracę, ale dają od siebie coś, co czyni ją niezwykłą. Nikt, kto wejdzie do Szczęśliwego Szaletu Valerie, nigdy nie zapomni jej pomysłu na biznes. – Witaj w Szalecie Valerie! – woła właścicielka. Jej motto brzmi: „Lej jak z cebra”.Moja córka poznała ją na lotnisku w Charlotte, w stanie Karolina Północna. Valerie zajmuje się sprzątaniem toalet. Ta kobieta bez przerwy uśmiecha się i podśpiewuje.– Jesteś słońcem mojego życia – nuci każdej kobiecie, która wchodzi do ubikacji.– Mnóstwo sedesów do wyboru! Bez kolejek, bez czekania. Bez czekania, bez kolejek – zachwala szalet, tańcząc po nim wesoło, i uchyla drzwi kabin, żeby zaprosić klientki do środka. – Jaki sens ma praca, jeśli nie możesz się w niej dobrze bawić? To szalet dla VIP-ów. To bardzo ważne, żebyś usiadła wygodnie w Szczęśliwym Szalecie Valerie. Tu możesz lać jak z cebra! A mówi to kobieta, która przez cały dzień sprząta publiczną ubikację. Kobieta, która mogłaby uważać, że to najniższy szczebel życiowej kariery. Zamiast tego podnosi wszystkich na duchu, niezależnie od tego, jaki oni szczebel zajmują.– Chce mi się, chce mi się, chce mi się teraz, tu! – śpiewa i klaszcze w dłonie w rękawiczkach. Jej radość życia w tej – wybaczcie – dosyć gównianej pracy jest godna podziwu. Nie tylko ona podchodzi tak żywiołowo do swojego zajęcia. Czytałam kiedyś nekrolog pielęgniarki, która śpiewała swoim pacjentom. Chorzy uwielbiali jej piosenki i wszyscy prosili o Śpiewającą Siostrę. Muszę też wspomnieć o Robercie McIntyre, który wita chorych w Cleveland Clinic. Ma za zadanie pomóc pacjentom i ich rodzinom: zaoferować im wózek inwalidzki albo wskazać właściwą drogę kiedy przychodzą do centrum onkologii. Robert daje prawdziwy show: nosi czerwony płaszcz i czarny cylinder i przez cały czas śpiewa. Nigdy nie chciał być piosenkarzem. Kiedyś wstąpił do chóru kościelnego, ale nie potrafili go tam poskromić. Podobno jest tenorem, lecz jego głos chadza własnymi ścieżkami. – Po prostu idę na żywioł i śpiewam tak, jak mi wygodnie – wyjaśnił. Karierę wokalisty rozpoczął piętnaście lat wcześniej w wielopoziomowym garażu innego szpitala. Był tam pracownikiem parkingu, ale spodobała mu się akustyka tego pomieszczenia. Któregoś dnia przyniósł ze sobą magnetofon, upewnił się, że jest sam, a potem odśpiewał Under the Boardwalk. – Byłem tam tylko ja i samochody – powiedział. Kiedy skończył, rozległy się burzliwe oklaski. Odwrócił się i zobaczył trzydziestu zachwyconych ludzi. „Ups”, pomyślał. „Wyrzucą mnie z pracy”. Od tej chwili śpiewa zawsze, kiedy ma po temu okazję. Codziennie występuje w Centrum Onkologii w Cleveland Clinic ubrany w swój czerwony płaszcz i czarny cylinder, racząc pacjentów serenadami.– Jestem kimś w rodzaju konsjerża, recepcjonisty oraz środka transportu w jednym – wyjaśnił. –Mówcie mi człowiek orkiestra.Na jego identyfikatorze widnieje zdjęcie mężczyzny skrywającego łysinę pod cylindrem w rozmiarze 7 i ¾, który zachował z czasów, gdy pracował jako odźwierny w eleganckim hotelu. Jeśli występuje bez niego, mówi o sobie „Tajny Agent”. Cylinder trzyma w srebrnej szafce przy stanowisku informacyjnym obok gigantycznej plastikowej torby z laminowanymi zdjęciami rodzinnymi. Jedno z nich przedstawia jego brata, który zmarł na raka płuc. – Śpiewałem dla niego – wyjaśnił. – Odstawiałem cały show.W repertuarze Roberta są takie piosenki jak: I Can See Clearly Now, Sweet Hour of Prayer, You’ve Lost That Lovin’ Feeling, Mr. Bojangles oraz God Is Still on the Throne. Dzięki niemu pacjenci czują się jak członkowie rodziny królewskiej. Trafiają do ośrodka osłabieni chorobą albo chemioterapią, wspierając się na laskach lub chodzikach. Robert podnosi ich na duchu uśmiechem i piosenką. Pracuje w klinice już pięć lat i wszyscy go znają. Pewna kobieta przerwała mu kiedyś wykonanie You Are Everything, żeby zapytać: „Czy ty jesteś Robert? Słyszałam o tobie dużo dobrego”. Uśmiechnął się wtedy i zapytał: „Czym mogę służyć?”. Podszedł do samochodu, w którym siedziała, ujął ją za szczupłą dłoń i pomógł jej dojść do wózka inwalidzkiego. Robert nie jest wścibski, nie zadaje pytań. A kiedy śpiewa, robi to cicho. Ludzie pytają go często: – Gdzie śpiewasz? – Tutaj, właśnie tutaj – odpowiada. Kiedy przekonują go, że powinien śpiewać zawodowo, oświadcza: – Ależ śpiewam! Jestem przecież nadwornym śpiewakiem w centrum onkologii. Dla jednej pacjentki pojechał nawet w trasę. Robert zawsze śpiewał piosenkę Smoke Gets in Your Eyes niejakiej Shirley Dorsey. Shirley przechodziła naświetlania i chemioterapię, walcząc z czerniakiem. Chemia jej nie pomagała, za to Robert tak. Śpiewał peany na jej cześć. A kiedy umarła, mąż Shirley, Ed, poprosił Roberta, żeby zaśpiewał na pogrzebie. Robert włożył swój czerwony płaszcz i czarny cylinder. Zaśpiewał Order My Steps. Ed zaprosił go na kolację, żeby poznał całą rodzinę. Zdaniem Eda, Shirley zawdzięczała Robertowi ostatnie dni swojego życia. – Umiał poprawić jej nastrój – powiedział Ed. – Prawdopodobnie przedłużył jej życie. Robert zbywa takie pochwały. – Nigdy tego nie planowałem – odparł. – Minęło wiele lat, zanim zrozumiałem, że to moje powołanie. Zamienił pracę w powołanie. Każdy z nas ma taką możliwość. Wszyscy robimy to samo, różnica polega na tym, jak to robimy. Kiedy inni czują się przy nas wyjątkowo, sami się tacy stajemy.

Sieci społecznościowe

Tagi