Wychodź z domu każdego dnia. Cuda tylko czekają, aż je odkryjesz

W pewien wrześniowy poranek wybrałam się na długi spacer. Był wtorek. Kiedy wróciłam, świat zmienił się na zawsze, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Gdy weszłam do domu, na automatycznej sekretarce czekało na mnie sześć wiadomości.

Odsłuchałam pierwszą – mój mąż łamiącym się z rozpaczy głosem prosił, żebym natychmiast oddzwoniła. Brzmiał tak, jakby umarł ktoś z naszych najbliższych. Pozostałe telefony były od innych członków rodziny, którzy dzwonili z wiadomością, że Ameryka została zaatakowana. Jako ostatnia nagrała się moja siostra z Nowego Jorku, uspokajając mnie, że ona, jej mąż i mój chrześniak są bezpieczni w mieszkaniu na Brooklynie, skąd obserwują, jak wieże World Trade giną w płomieniach.

Włączyłam telewizor. Wieże płonęły. Wieże padały. Wieże były martwe. Ludzie walczyli o życie, brnąc przez miasto jak w filmie o Godzilli. Topiła się karoseria samochodów. Ratownicy przedzierali się między gruzami. Panoramę Manhattanu przesłonił dym. Statua Wolności wydawała się wątła i przygarbiona, jakby zamiast pochodni wolności podnosiła białą flagę.

Spędziłam przed telewizorem wiele dni, oglądając atak wciąż od nowa, jakby za którymś razem mógł się skończyć inaczej, jakby wieże nie musiały runąć.

Przez kilka tygodni nic nie było takie, jak dawniej. Nie mogłam nawet pójść na spacer. Bałam się robić to, co robiłam w tamten wtorek, kiedy świat oszalał. Nie miało to najmniejszego sensu, ale bałam się, że jeśli wyjdę na kolejny spacer, zaburzę kruchą równowagę życia, a po powrocie zastanę na sekretarce podobne wiadomości.

Kiedy wreszcie wyszłam z domu, miałam wrażenie, jakby świat wrócił do równowagi. Spacerowałam po jednym z parków miejskich w Cleveland i obserwowałam liście. Nadal spadały z gałęzi równie beztrosko jak zawsze, pozostawiając po sobie nagie drzewa, które wznosiły do nieba puste ramiona w milczącej modlitwie.

Te liście nie wiedziały, że 11 września wszystko się zmieniło. Gdy wiatr niósł je nisko nad ziemią, w swoim radosnym pędzie przypominały tłum rozbawionych uczniów wypuszczonych z klasy na przerwę. Przy silnych, porywistych podmuchach liście opadały niczym konfetti na rozciągnięty między drzewami dywan ściółki leśnej. Kiedy wiatr przypominał delikatny szept, pojedyncze liście robiły fikołki, salta w tył i potrójne axle.

Z perspektywy lasu Ameryka nie została zaatakowana, nie wypowiedziała nikomu wojny, nie bała się wąglika ani nie przeżywała nowej fali patriotyzmu. Jedyne bójki toczyły między sobą wiewiórki, walcząc o cenne żołędzie. Zakażenie było możliwe tylko wtedy, gdy ktoś dotknął roślin z rodziny nanerczowatych albo wdepnął w końskie łajno. Czerwień, biel i błękit występowały jedynie na mięsistych czerwonych jagodach i pęczkach białych nasion dmuchawców, szybujących w powietrzu na tle bezchmurnego błękitnego nieba.

W leśnym państwie życie w dalszym ciągu poddawało się śmierci po to, by móc się znów odrodzić. Cykl natury toczył się nieprzerwanie. Przyroda potrafi przetrwać tak wiele. Przypomina nam, że my również to potrafimy.

Henry David Thoreau pisał, że zamieszkał w lesie, ponieważ nie chciał żyć w pośpiechu ani

z czegokolwiek rezygnować. Jego słowa nabrały dla mnie nowego znaczenia. Ja też wracałam do lasu dlatego, że nie chciałam z czegokolwiek rezygnować, nie chciałam ulec strachowi przed wąglikiem, złości na terrorystów, rozpaczy z powodu okaleczonej gospodarki. Szłam do lasu, ponieważ mniej się bałam chodzić sama po lesie, niż siedzieć przy biurku, otworzyć pocztę albo włączyć telewizor i słuchać ekspertów.

Jeśli chcesz oderwać się od szaleństwa panującego w twoim życiu osobistym albo na świecie,

zostaw telewizor, komputer, iPoda, włóż tenisówki i idź na spacer. Zawsze czeka cię tam jakaś niespodzianka. Kiedyś podczas pięciomilowego spaceru obserwowałam, jak jakiś mężczyzna usiłuje sfotografować swojego wilczarza irlandzkiego na tle wodospadu. Posłuszeństwo psa okazało się przeszkodą nie do przejścia. Za każdym razem, gdy właściciel go wołał, żeby spojrzał w stronę aparatu, zwierzę natychmiast zjawiało się u jego boku.

Na innej ścieżce przyłapałam na drzemce dwa jelenie. Widziałam, jak czapla modra ląduje na bagnie zarośniętym pałkami wodnymi, a potem przygląda się tym strzelistym roślinom, rozkołysanym jednym rytmem, niczym pieśniarze gospel chwalący Pana.

Mijając miniaturowe wodospady czytałam napisy wycięte w drewnianych poręczach. Kiedyś znalazłam tam słowa Rachel Carson, które mają inspirować i pocieszać wszystkich przechodzących:

„Ci, którzy mieszkają wśród piękna i tajemnic ziemi, nigdy nie są samotni ani znużeni życiem”.

To prawda. Pamiętam, że w roku, w którym zachorowałam na raka, wybrałam się na spacer w śniegu. To był marzec i właśnie poznałam diagnozę. Bałam się tego wszystkiego, co mnie czekało, operacji, chemii, naświetlań. Śnieg odwracał moją uwagę, wirował wokół twarzy, każąc mi skupić się na tej niesamowitej, oszałamiającej chwili. Spojrzałam w górę i poczułam, jak płatki śniegu spadają na mnie niczym pierze z rozdartej gdzieś w górze poduszki. Rozkoszowałam się ich dotykiem i wiedziałam, że nie jestem sama.

Henry David Thoreau opisał w swoim dzienniku dom i kościół, jaki zapewnia nam przyroda: Sam w odległych lasach i na dalekich polach, w skromnych zagajnikach lub na pastwiskach pełnych królików, nawet w tak ponury, zimny dzień jak dziś, kiedy mieszkańcy wsi z utęsknieniem myślą o gospodzie, wracam do siebie, znów czuję się częścią całości, a ów chłód i samotność to moi przyjaciele. Wydaje mi się, że w moim przypadku uczucie to jest równoznaczne z tym, co inni czują w kościele i podczas modlitwy. Przychodzę do moich pustych lasów, tak jak stęsknieni wracają do domu. W ten sposób odrzucam wszystko, co zbędne, i widzę rzeczy takimi, jakie są: pięknymi i wspaniałymi.

 

 

 

Źródło: Brett Regina, God Never Blinks. 50 Lessons for Life’s Little Detours,Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi