Wyświadcz sobie przysługę i nie przejmuj się tak rynkiem akcji

W dzisiejszych czasach często można odnieść wrażenie, że chyba każdy ma jakieś akcje. Z tego powodu, media zwracają większa uwagę na giełdę, a wielu z nas traktuje ją jak wskaźnik kondycji gospodarki i naszych zbiorowych nastrojów. Jednak w rzeczywistości, ci z nas, którzy mają akcje, przeważnie posiadają ich bardzo niewiele, a większość ludzi w ogóle nie inwestuje na giełdzie. To prawda, że w latach 80. i 90. bardzo wzrósł odsetek Amerykanów inwestujących w akcje poprzez emerytalne programy i konta. Lecz nie zapominajmy, że te konta zazwyczaj mają charakter pasywny: powierzamy pieniądze komuś, kto wykonuje za nas całą robotę. Inwestycje na giełdzie osiągnęły punkt szczytowy w 2002 r., gdy akcje posiadało 67% amerykańskich gospodarstw domowych. Według Pew Research Center, obecnie jest to tylko 45%. W ramach tej grupy, większość akcji znajduje się w rękach bogatej mniejszości. Na giełdzie inwestuje 80% rodzin, których roczny dochód przekracza 80 tys. dol. W przypadku gospodarstw domowych o średnim dochodzie, jest to 55%. Jeśli zaś chodzi o rodziny ubogie (roczny dochód poniżej 30 tys. dol.), odsetek ten spada do 15%. Generalnie, Fed szacuje, że 82% akcji w publicznym obrocie to własność 5% najbogatszych Amerykanów. Materialne nierówności są skorelowane ze zwrotami z giełdy. Ci, którzy na niej inwestują, są średnio bogatsi i czerpią nieproporcjonalne duże korzyści z boomu na rynku akcji. Wniosek jest oczywisty: sytuacja na giełdzie stanowi odbicie nastrojów, ale tylko niewielkiej grupy bogaczy, czy raczej ich maklerów i doradców. To są główni gracze, którzy zasadniczo grają przeciwko sobie nawzajem, a przy okazji ciągną nas za sobą. Problem z tym zaburzeniem równowagi między zamożnymi inwestorami, a biednymi „niegraczami” polega na tym, że zazwyczaj postrzegamy rynek akcji jako barometr ogólnego zaufania do gospodarki. A tymczasem, możliwe są dwa scenariusze:

1. Ludzie, którzy nie uczestniczą bezpośrednio w działaniach rynku, znajdują się pod tak silnym wpływem jego aktywnych uczestników i prasy, że uzależniają od nich swoje nastroje. Jeśli giełda idzie w górę, czują się dobrze, mimo iż nie mają z tego żadnych bezpośrednich korzyści.

2. Osoby, którzy nie posiadają akcji, nie przejmują się tym, co się dzieje na giełdzie. Mają własne poglądy na gospodarkę, niezależne od wszystkich zwyżek i korekt.

Moim zdaniem, ten drugi scenariusz jest bardziej prawdopodobny. W zeszłym roku Indeks Nastrojów Konsumenckich Uniwersytetu Michigan najpierw szedł w górę, w parze z indeksem S&P 500 (w sierpniu zyskały, odpowiednio, 15,3% i 13,4%), ale potem oddzielił się od niego (31 października jego roczny wzrost wyniósł 0,81%, podczas gdy S&P zyskał 16,4%). Również Indeks Nastrojów Ekonomicznych Gallupa zmieniał się wbrew zwyżce na giełdzie. Innymi słowy, entuzjazm inwestorów rósł, a optymizm konsumentów słabł. Mamy zatem dwa obozy: ci, którzy posiadają akcje albo nie, ale znajdują się pod wpływem giełdy, oraz ci, którzy mają ją gdzieś. Byłbym skłonny twierdzić, że to drugie stronnictwo jest znacznie większe i prawdopodobnie rzadziej doświadcza stresu na własne życzenie. Nie znaczy to jednak, że któraś ze stron ma rację albo się myli. Po prostu musimy mieć świadomość, kto tak naprawdę pociąga za sznurki notowań. Chciwość i strach bogaczy trafiają na pierwsze strony gazet nie bez powodu. Pieniądze to potęga. Jednak dla większości Amerykanów giełda wcale nie jest tak ważna, jak chcielibyśmy czasem myśleć.

 

 

Na podst.Do Yourself A Favor: Care Less About the Stock Market, David Weidner, The Wall Street Journal

Sieci społecznościowe

Tagi