Wzrost i globalizacja nie leczą wszystkich bolączek świata

Rządy na całym świecie wierzą w ten sam magiczny lek na wszystkie zagrożenia: wzrost gospodarczy. To dla nich klucz do stabilizacji politycznej i ekonomicznej. Gdy starają się usunąć korzenie terroryzmu, odruchowo zakładają, że najlepszym rozwiązaniem będą dobrobyt i miejsca pracy. Kiedy jakiś konflikt regionalny wymyka się spod kontroli, wzywają do większej integracji gospodarczej.

Ale tak jak lekarze obawiają się pojawienia nowych superbakterii, odpornych na znane leki, tak światowi przywódcy drżą przed nowymi formami konfliktów politycznych, odpornych na ich tradycyjne kuracje: wzrost handlu i inwestycji, wsparty reformami strukturalnymi.

Szczególnie niepokoją trzy zagrożenia polityczne: rozprzestrzenienie się konfliktu na Bliskim Wschodzie, nasilanie się rywalizacji między Chinami i Japonią oraz nierówności i groźba konfliktu społecznego w świecie zachodnim.

Czy racjonalne rozwiązania gospodarcze mogą zakończyć wojnę w Syrii, gdzie obie strony walczą o przetrwanie? Widać jak na dłoni, że owoce globalizacji nie działają na dżihad w Syrii i Iraku. Wielu wciąż pokłada nadzieję we wzroście, który złagodzi beznadzieję gospodarczą na Bliskim Wschodzie, na gruncie której rozkwita wojujący islam. Jednak nie wszyscy bojownicy pochodzą z biednych krajów. Niektórzy przybyli z Europy, Arabii Saudyjskiej i państw Zatoki Perskiej. Dżihad to choroba, która nie reaguje na tradycyjne leki ekonomiczne.

Wzrost napięcia między Chinami, a Japonią to dowód na to, że nie zawsze własny interes gospodarczy jest lekarstwem na problemy polityczne. Chiny są obecnie największym partnerem handlowym Japonii i największym odbiorcą jej inwestycji zagranicznych. Ale wzrost dobrobytu w Chinach, i ich znaczenia, podsyca międzynarodowe napięcia w Azji. Zmienił bowiem równowagę sił między Pekinem i Tokio. Jeśli dodać do tego gorzką, wspólną przeszłość obu krajów, mamy wyjaśnienie, dlaczego ich stosunki są coraz gorsze.

W Europie i Ameryce Północnej zagrożeniem są wewnętrzne napięcia polityczne i społeczne, a nie międzynarodowa rywalizacja. Tutaj globalizacja pokazała nieprzyjemne efekty uboczne. Ogólny poziom wzrostu na świecie przyczynił się do stagnacji płac i rosnących nierówności na Zachodzie. Europejscy politycy obawiają się ewentualnego odrodzenia radykalnej prawicy i lewicy. Amerykanów coraz bardziej martwi pogłębiająca się różnica między najbogatszym jednym procentem społeczeństwa, a resztą.

Łatwo jest wyśmiewać globalną plutokrację, ten cierń w oku walczących o równość społeczną. Ale bankierzy i ludzie biznesu na całym świecie są w dużym stopniu odporni na wirusa ksenofobii i nacjonalizmu. Ich nieoficjalne motto brzmi: „rób pieniądze, nie wojnę”. Cudzoziemców traktują jak potencjalnych klientów, a nie wrogów.

W tym kontekście, idea, że kapitalizm i globalizacja są najlepszym antidotum na konflikty polityczne, mimo wszystkich wad, zachowuje wiele ze swej słuszności. Choć stare zabiegi gospodarcze tracą część swojej mocy, jeśli chodzi o rozwiązywanie konfliktów politycznych, nadal są najlepszym narzędziem, jakie mamy.

 

Na podst. Growth and globalisation cannot cure all the world’s ills, Gideon Rachman, The Financial Times

 

Sieci społecznościowe

Tagi