Zajmij się tym, co możliwe

Bywa, że niemożliwe zaczyna się od czegoś tak niewielkiego jak guzek.

Przez wiele lat przestrzegałam zalecenia: „Co miesiąc badaj sobie sama piersi”. Tyle że, jak większość kobiet, robiłam to „mniej więcej”. Raz na kilka miesięcy badałam się w mniej więcej odpowiedni sposób, ale nigdy tak dokładnie, jak radzili lekarze. Nie chciałam szukać problemów.

Jeśli czegoś szukasz, możesz to znaleźć. Szukanie raka jest przerażające. Dzięki Bogu, że go szukałam. Którejś nocy, uciskając pierś opuszkami palców, nagle coś wyczułam. Zatrzymałam dłoń w tym miejscu. Kiedy pojawiło się to stwardnienie? To pewnie nic takiego, ale nie było go tu, kiedy ostatni raz się badałam. To „nic” okazało się II stadium raka. Chirurg usunął mi guz wielkości winogrona.

Kiedy słyszysz słowo „rak”, masz wrażenie, jakby ktoś podniósł planszę, na której rozgrywa się twoje własne życie, i podrzucił ją do góry. Wszystkie pionki są w powietrzu. A potem lądują na nowej planszy. I jest zupełnie inaczej. Nie wiesz, od czego zacząć. Strach opada, kiedy możesz faktycznie coś zrobić, kiedy zajmiesz się tym, co możliwe.

Przed rozpoczęciem chemioterapii spisałam najlepsze rady od lekarzy, rodziny i przyjaciół, sugestie z książek i podpowiedzi ludzi, którzy wygrali z rakiem. Stworzyłam z nich Instrukcję, jak o siebie dbać. Miała mi przypominać, że rak jest do pokonania. Opracowałam plan, jak przetrwać cztery miesiące chemioterapii i sześć tygodni codziennych naświetlań. Na pierwszej stronie obiecałam sobie, że to przetrwam:

Ja, Regina, ślubuję wyzdrowieć. Ślubuję kontynuować leczenie, nawet jeżeli wywoła ono chwilowe zmiany w moim życiu: fizyczne, emocjonalne czy psychiczne. Ślubuję wytrwać w podjętym leczeniu i nie patrzeć wstecz. Ślubuję zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby wyzdrowieć i żyć.

Kiedy chorujesz na raka, masz wrażenie, jakbyś znalazł się w innej strefie czasowej: w Strefie Raka. Na Zwrotniku Raka wszystko kręci się wokół twojego zdrowia albo twojej choroby. Nie chciałam, żeby w moim życiu liczył się tylko rak. Najważniejsze było życie, rak był na drugim miejscu.

Wymyśliłam więc własną strategię: postanowiłam cieszyć się życiem mimo raka. Chciałam spędzać przyjemnie czas ze wszystkimi ludźmi, których kocham, przeczytać wszystkie pozycje z listy książek do przeczytania, obejrzeć wszystkie filmy, które przegapiłam, i kupić pianino, bo zawsze o tym marzyłam. Planowałam żyć tak, jak dawniej – na tyle, na ile będzie to możliwe: pisać felietony, grać w siatkówkę, prowadzić kurs kreatywnego pisania na uniwersytecie.

Rankiem przed pierwszą chemioterapią spakowałam do plecaka butelkę wody, swoją Instrukcję, notes, długopisy, landrynki, discmana, płyty kompaktowe, słuchawki i książki. Wszystko miało potrwać najwyżej dwie godziny, ale byłam przygotowana na każdą okoliczność. Rozsiadłam się w fotelu, jakbym była na plaży, włożyłam słuchawki i słuchałam, jak Louis Armstrong śpiewa:

„Widzę zielone drzewa i czerwone róże, widzę, jak kwitną dla ciebie i dla mnie. I myślę sobie, jaki wspaniały jest świat”.

A świat był wspaniały, chociaż przez rok miałam wrażenie, że kręci się wokół raka. Kiedy w 1998 roku zachorowałam na nowotwór piersi, w okolicy nie było grup wsparcia dostępnych bezpłatnie i bez ubezpieczenia. Każdy szpital prowadził własny program, ale nie istniał żaden centralny ośrodek, w którym można by było spotkać się z ludźmi, którzy przeżyli to samo, i spróbować jogi, masaży, reiki, ćwiczeń fizycznych, journalingu i różnych technik holistycznych wspomagających leczenie.

Byłam rok po operacji, kiedy w moim życiu pojawiła się Eileen Saffran. Eileen miała marzenie. Chciała stworzyć miejsce, w którym każdy człowiek dotknięty rakiem mógłby za darmo otrzymać wsparcie, jakiego potrzebuje. Siedziałam przy stole z kilkudziesięcioma innymi osobami, które zaprosiła na to pierwsze spotkanie organizacyjne. Jej marzenie wydawało mi się zbyt śmiałe, zbyt dalekosiężne, zbyt niemożliwe. Wątpiłam, żeby mogło się spełnić, więc wycofałam się z jej projektu.

Nie wróciłam jeszcze do pełni sił po naświetlaniach i chemioterapii, a poza tym po prostu nie mieściło mi się w głowie, że ten plan może się powieść. Eileen była pracownikiem socjalnym. U obojga jej rodziców w odstępie sześciu miesięcy zdiagnozowano raka. Jej tata miał nowotwór płuc, a jej mama – chłoniaka nieziarniczego. W ciągu trzech lat straciła ich oboje. Towarzysząc im podczas leczenia, uświadomiła sobie, że ludziom potrzebne jest miejsce, w którym będą mogli znaleźć pomoc. Eileen wyobraziła sobie ośrodek, który nie będzie w żaden sposób kojarzył się ze szpitalem – ani przez zapach, ani wygląd, ani atmosferę.

Miejsce, w którym nie trzeba będzie mieć ubezpieczenia, żeby uzyskać pomoc psychologa. Miejsce, do którego nie będzie trzeba przynosić skierowania od lekarza, chcąc skorzystać z masażu. Miejsce, w którym każdy dotknięty chorobą nowotworową otrzyma wsparcie za darmo. Miejsce, w którym ludzie nie będą się czuli tacy samotni.

Eileen konsultowała się z pacjentami oddziałów onkologicznych i osobami korzystającymi z pomocy psychologa. Powołała zespół doradców, spotykała się z onkologami i organizacjami wspierającymi chorych na raka. Zbierała informacje o podobnych instytucjach w całym kraju. Założyła stronę internetową touchedbycancer.org. I osiemnaście miesięcy po tym pierwszym spotkaniu otworzyła ośrodek nazwany The Gathering Place (Miejsce spotkań). Nie mam pojęcia, jak to zrobiła.

W czym tkwi tajemnica jej sukcesu?

– W naiwnym optymizmie – zdradziła mi.

Kiedy odwiedzam The Gathering Place, przychodzi mi do głowy cytat z Alicji w Krainie Czarów. Tytułowa bohaterka mówi: „Nie mam co próbować, nie można uwierzyć w to, co niemożliwe”, na co Biała Królowa odpowiada: Zdaje się, że nie masz w tym wielkiej wprawy. Ja w twoim wieku zawsze ćwiczyłam to przez pół godziny dziennie. Nieraz jeszcze przed śniadaniem dochodziłam do sześciu niemożliwości, w które udawało mi się uwierzyć.

Jeśli chcesz osiągnąć to, co niemożliwe, zajmij się tym, co możliwe.

Eileen stworzyła medyczną Szwajcarię. The Gathering Place to autonomiczny ośrodek wsparcia dla chorych na raka. Szpitale nie toczą o niego bojów rejonowych. Nie ma tu znaczenia, gdzie pacjent się leczył. Każdy jest mile widziany. A wszystkie usługi są dostępne za darmo dla każdego chorego.

Ośrodek oferuje masaże, terapię manualną, journaling, tai-chi, jogę, porady dietetyczne i zajęcia fizyczne. Prowadzi też grupy wsparcia dla chorych na niemal każdą odmianę raka. Są grupy wsparcia, które pomagają zostawić chorobę za sobą, lepiej wyglądać i odnaleźć wewnętrzny spokój, oraz programy wybaczania, dbania o siebie i zdrowego gotowania. Asystent medyczny doradza w kwestii opłat za leczenie, testów klinicznych i innych rodzajów terapii. Adwokaci wolontariusze spisują oświadczenia dotyczące zgody na zaniechanie uporczywej terapii i pomagają w rozporządzaniu majątkiem.

To miejsce, które goi rany i przywraca nadzieję. Miejsce, w którym nikt nie poprosi cię o potwierdzenie ubezpieczenia. Miejsce, w którym nie czujesz się jak petent. Nie ma tu zastrzyków ani pobierania krwi, nie prowadzi się kuracji medycznych ani testów.

The Gathering Place przypomina raczej dom z kominkiem, wygodnymi meblami i oryginalnymi obrazami na ścianach. Wszystko przekazali ośrodkowi prywatni darczyńcy i organizacje. W 2000 roku ośrodek mieścił się na niecałych sześciuset metrach kwadratowych. Od tamtej pory podwoił swoją powierzchnię, a roczny budżet operacyjny centrum wzrósł z 360 tysięcy dolarów do 1,8 miliona. Budynek został już spłacony. Źródłem finansowania ośrodka są datki osób prywatnych i organizacji. Pracuje w nim pięciuset wolontariuszy. Tam, gdzie niegdyś była sterta błota, dziś kwitnie kojący ogród z fontannami i wodospadami, kamiennymi rzeźbami i karmnikami dla ptaków. Okucia żelaznych bram przedstawiają zawiły labirynt, podobnie jak w każdej opowieści o odrodzeniu, prowadzący od metalowego kokonu gąsienicy do ogromnego srebrnego motyla. To miejsce, które przypomina ci, że świat jest wspaniały, nawet jeśli walczysz z rakiem albo pomagasz zmierzyć się z nim komuś, kogo kochasz.

Nie mamy jeszcze lekarstwa na raka, ale ludzie tacy jak Eileen leczą ze strachu przed rakiem, dając innym nadzieję. My też możemy to zrobić. Trzeba tylko zająć się tym, co możliwe, choćby nawet wydawało się to niemożliwe.

 

 

Źródło: Regina Brett, Be the miracle. 50 lessons for making the impossible possible, Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi