Zdrowe odżywianie - co to tak naprawdę znaczy

Zdro­we je­dze­nie awan­so­wa­ło do rangi nowej re­li­gii, a za­ka­zy ży­wie­nio­we stały się nieod­łącz­nym ele­men­tem planu zba­wie­nia.

Półki w skle­pach ugi­na­ją się od zdro­wych pro­duk­tów. Moda na żyw­ność eko­lo­gicz­ną awan­so­wa­ła do rangi nowej re­li­gii, gwa­ran­tu­ją­cej dłu­gie i szczę­śli­we życie. Za ob­se­sją na punk­cie zdro­we­go od­ży­wia­nia kryją się nie tyle rze­czy­wi­ste do­le­gli­wo­ści po­kar­mo­we, co cho­ro­bli­wy trend pro­pa­go­wa­ny przez kul­tu­rę ma­so­wą.

Po świę­cie Trzech Króli we­szłam na wagę. Ko­lej­ny szok prze­ży­łam po otwar­ciu lo­dów­ki. Na pół­kach stało osiem chudych jogurtów bez laktozy,  litr mleka so­jo­we­go light, sześć die­te­tycz­nych ba­to­ni­ków śnia­da­nio­wych, opa­ko­wa­nie smęt­ne­go, bez­lak­to­zo­we­go emen­ta­le­ra, sa­ła­ta, owoce i jar­muż, który chru­pię na su­ro­wo. Oprócz tego doj­rza­łam bez­fruk­to­zo­wy syrop or­ki­szo­wy, bez­glu­te­no­we ra­zo­we pie­czy­wo to­sto­we, ma­ka­ron z eko­lo­gicz­nej mąki or­ki­szo­wej, a w za­mra­żal­ni­ku we­gań­skie lody cze­ko­ladowe po 8,99 euro za pół ki­lo­gra­ma.

- O mój Boże, cóż to za świń­stwa - prze­mknę­ło mi przez głowę. Pew­nie dzie­ci rano ze­rwa­ły się z łóżek i zro­bi­ły za­ku­py. I po­my­śleć, że jesz­cze nie tak dawno lo­dów­ka pę­ka­ła w szwach od róż­nych sma­ko­ły­ków - so­czy­stej gęsi, smal­czy­ku, ho­ma­ra, róż­nych ga­tun­ków metki, dzi­czy­zny na­szpi­ko­wa­nej sło­ni­ną i pie­czo­nej w czer­wo­nym winie, za­sma­ża­nej czer­wo­nej ka­pu­sty błysz­czą­cej od kar­me­lu, kru­che­go cia­sta z za­bój­czo słod­ką po­le­wą cze­ko­la­do­wą, róż­nych pasz­te­tów, ga­la­ret i wy­wa­rów mię­snych. Nawet do­mow­ni­cy za­ka­sa­li rę­ka­wy i po­ma­ga­li w przy­rzą­dza­niu tych ku­li­nar­nych wspa­nia­ło­ści.

Nikt nie pra­wił mo­ra­łów na temat świą­tecz­nej orgii ob­żar­stwa. Je­dy­nie od czasu było sły­chać na­rze­ka­nia na uro­jo­ne wa­łecz­ki tłusz­czu, bądź uwagi w ro­dza­ju - "tak mnie utu­czy­li­ście, że dżin­sy mi się nie do­pi­na­ją" albo "mam tak wy­so­ki po­ziom li­pi­dów we krwi, że można nimi sma­ro­wać chleb za­miast  masłem ". Mimo to w ta­jem­ni­czy spo­sób znik­nął nawet zapas cia­ste­czek, które miały star­czyć do lu­te­go. Po­że­gna­li­śmy stary rok w gro­nie ro­dzin­nym, roz­ko­szu­jąc się bło­gim le­ni­stwem, ob­żar­stwem, są­cząc przed­nie czer­wo­ne wina. Nie­ste­ty, wszyst­ko co dobre szyb­ko się skoń­czy.

Mam teraz jeść ma­ka­ron bez­lak­to­zo­wy, czte­ry razy droż­szy od zwy­kłe­go? Cóż to za wy­na­la­zek? Prze­cież mleka nie do­da­je się do cia­sta na ma­ka­ron.

W nowym roku cho­dzi o coś wię­cej niż o kilka ki­lo­gra­mów nadwagi i walkę o ide­al­ną fi­gu­rę. W domu zde­kla­ro­wa­nych agno­sty­ków rodzi się prze­świad­cze­nie, że trze­ba od­po­ku­to­wać za grzech ob­żar­stwa. Sym­bo­licz­ną karą są we­gań­skie lody cze­ko­la­do­we za 8,99 euro, bo­le­śnie dre­nu­ją­ce port­fel. Jak mówi stare po­rze­ka­dło: skoro pie­niądz w szka­tu­le dzwo­ni, dusze z czy­śća do nieba wy­go­ni.

Kiedy roz­po­czę­ła się de­ba­ta o zdro­wym od­ży­wia­niu? Zanim czło­wiek za­pro­si przy­ja­ciół na ko­la­cję, ob­dzwa­nia wszyst­kich, uzgad­nia­jąc menu. "Prze­cież wiesz, że Sa­bi­ne jest we­gan­ką, a ja nie jadam sera, bo mój or­ga­nizm nie to­le­ru­je lak­to­zy. Ma­ka­ro­nu także nie tknę. W dzi­siej­szych cza­sach więk­szość ludzi jest uczu­lo­na na glu­ten". "Skąd wiesz, że masz celiakię? Byłaś może u le­ka­rza?" - do­py­tu­ję się. "No coś ty, prze­cież sama wiem naj­le­piej, co mi szko­dzi. Do tego nie po­trze­bu­je le­ka­rza" - pada sta­now­cza od­po­wiedź.

Wy­da­je się, że dys­ku­sja nad zdro­wym od­ży­wia­niem opie­ra się bar­dziej na su­biek­tyw­nych od­czu­ciach niż na rze­tel­nej wie­dzy. Le­ka­rze okre­śla­ją ten fe­no­men jako cy­ber­chon­drię, czyli Dok­tor Go­ogle praw­dę ci powie. Przy­kła­do­wo na nie­to­le­ran­cję glu­te­nu, uciąż­li­wą cho­ro­bę au­to­im­mu­no­lo­gicz­ną cier­pi od 0,1 do 1 proc. po­pu­la­cji. Wła­ści­wą dia­gno­zę może po­sta­wić ana­li­za ge­ne­tycz­na. Jed­nak od czasu opu­bli­ko­wa­nia książ­ki Wil­lia­ma Da­vi­sa "Dieta bez psze­ni­cy. Jak po­zbyć się pszen­ne­go brzu­cha i być zdro­wym" glu­ten, zwłasz­cza ten wy­stę­pu­ją­cy w psze­ni­cy okrzyk­nię­to ci­chym za­bój­cą. Po­tę­pia się go na równi z tłusz­cza­mi zwie­rzę­cy­mi. Kry­ty­ka tych ostat­nich sięga cza­sów, gdy jesz­cze nie wie­dzie­li­śmy zbyt dużo o cho­le­ste­ro­lu.

Oczy­wi­ście są wśród nas osoby, które rze­czy­wi­ście nie to­le­ru­ją psze­ni­cy. Dzi­siaj nie trze­ba ni­ko­go prze­ko­ny­wać, że re­zy­gna­cja z chle­ba i prze­two­rów z bia­łej mąki wyj­dzie na dobre na­szej fi­gu­rze. Zwłasz­cza jeśli wcze­śniej ob­ja­da­li­śmy się pro­duk­ta­mi mącz­ny­mi. W an­kie­cie prze­pro­wa­dzo­nej przez firmę ba­wad­czą NPD Group aż 28 proc. Ame­ry­ka­nów przy­zna­ło, że jedzą bar­dzo mało albo cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wa­li z glu­te­nu. Co trze­ci an­kie­to­wa­ny za­mie­rzał ogra­ni­czyć jego spo­ży­cie, jakby kle­iste biał­ko ro­ślin­ne było tru­ci­zną, spe­cjal­nie do­da­wa­ną do żyw­no­ści przez chci­wy i żądny zysku prze­mysł spo­żyw­czy. Obec­nie robią fu­ro­rę pro­duk­ty za­wie­ra­ją­ce ma­gicz­ne słowo "bez­glu­te­no­wy" i przy­no­szą mi­liar­do­we zyski mię­dzy­na­ro­do­wym kor­po­ra­cjom spo­żyw­czym.

Ko­lej­ny trend na­zy­wa się: nie­to­le­ran­cja lak­to­zy. Około 20 proc. Niem­ców na praw­dę nie to­le­ru­je biał­ka mleka kro­wie­go, ale co drugi Nie­miec wma­wia sobie cho­ro­bę. Prze­cho­dząc w su­per­mar­ke­cie obok re­ga­łu z bez­lak­to­zo­wy­mi pro­duk­ta­mi mlecz­ny­mi po­sta­na­wia­my za­fun­do­wać sobie odro­bi­nę zdro­wia. Wtedy w gło­wie świta myśl, że a nuż je­ste­śmy uczu­le­ni na mleko? "Latte z mle­kiem so­jo­wym" brzmi cool i jest w do­brym gu­ście. Pod­świa­do­mie pra­gnie­my do­łą­czyć do grona osób cier­pią­cych na nie­to­le­ran­cję lak­to­zy. Jak­by­śmy pra­gnę­li wy­krzy­czeć ca­łe­mu świa­tu, że rów­nież mamy wraż­li­wy or­ga­nizm i nie wpy­cha­my w sie­bie byle czego.

Nie­to­le­ran­cja lak­to­zy nie jest alergią,  czy sty­lem życia, jak we­ga­nizm, a de­fek­tem ge­ne­tycz­nym, odzie­dzi­czo­nym po bli­skich. Do­le­gli­wość można zdia­gno­zo­wać przy po­mo­cy nie­in­wa­zyj­ne­go testu od­de­cho­we­go. Kto jed­nak ze­chce od­rzu­cić su­biek­tyw­ne od­czu­cia w wy­ni­ku pro­ste­go testu od­de­cho­we­go, re­fun­do­wa­ne­go przez kasę cho­rych?

Moda na je­dze­nie eko­lo­gicz­ne to pio­sen­ka prze­szło­ści. Dzi­siaj nową re­li­gią jest ku­po­wa­nie dwa razy droż­szych pro­duk­tów z przed­rost­kiem "bez" - bez lak­to­zy, bez fruktozy i bez glu­te­nu. Kryje się za nimi zręcz­ny chwyt mar­ke­tin­go­wy po­dob­ny do okre­śle­nia "zrów­no­wa­żo­ny roz­wój". Nowe pro­duk­ty wzno­szą się na wy­ży­ny po­pu­lar­no­ści, dając nam po­czu­cie, że od­ży­wia­my się zdro­wo, czyli bez grze­chu.

Wśród mło­dej klasy śred­niej na świe­cie sze­rzy się nowa psy­cho­za ży­wie­nio­wa, nie­zwy­kle lu­kra­tyw­na dla prze­my­słu spo­żyw­cze­go: Or­tho­re­xia ne­rvo­sa, czyli ob­se­sja na punk­cie zdro­we­go od­ży­wia­nia. Nowy trend łączy w sobie pier­wia­stek mi­syj­ny, fun­da­men­ta­li­stycz­ny i re­li­gij­ny. Nagle je­dze­nie ura­sta do rangi czyn­no­ści o cha­rak­te­rze du­cho­wym. Już sam akt za­ku­pów do­star­cza neo­fi­tom po­czu­cia wyż­szo­ści etycz­nej i mo­ral­nej, po­zwa­la de­mon­stra­cyj­nie od­gro­dzić się od osób nie­wta­jem­ni­czo­nych w za­sa­dy nowej wiary. Stąd na twa­rzach or­to­rek­ty­ków po­ja­wia się pro­tek­cyj­ny uśmiech wyż­szo­ści ad­re­so­wa­ny do bie­da­ków wci­na­ją­cych pro­duk­ty zbo­żo­we, po­pi­ja­ją­cych mleko, ku­pu­ją­cych w su­per­mar­ke­tach mięso z chowu prze­my­sło­we­go. Brr, obrzy­dli­wość.

W tym wszyst­kim cho­dzi o nie­to­le­ran­cję w po­dwój­nym zna­cze­niu, po­nie­waż fa­na­tycz­ny, bez­re­flek­syj­ny trend ce­le­bru­je­my wobec ludzi, któ­rych zwy­czaj­nie nie stać na ku­po­wa­nie żyw­no­ści z eli­tar­nym przed­rost­kiem "wolny od". (...)

Po­rów­nu­jąc obu­rze­nie wy­wo­ła­ne skan­da­lem z ko­ni­ną w mro­żo­nych la­sa­gne wo­ło­wych, a obo­jęt­ność wobec afer zwią­za­nych z prze­my­sło­wym cho­wem zwie­rząt szyb­ko zro­zu­mie­my, że tabu ży­wie­nio­we są star­sze i sil­niej­sze od na­szej tro­ski o zdro­wie. Z die­te­tycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia nie ma żad­nych prze­ciw­wska­zań dla od­ży­wia­nia się ko­ni­ną. Mięso koni jest chude, a co za tym idzie ni­sko­ka­lo­rycz­ne i bo­ga­te w że­la­zo. Tym­cza­sem ko­ni­na jest obar­czo­na styg­ma­tem tabu ży­wie­nio­we­go.

Nie­miec­cy Zie­lo­ni za­pro­po­no­wa­li wpro­wa­dze­nie raz w ty­go­dniu dnia bez­mię­sne­go w sto­łów­kach pu­blicz­nych tuż po wy­bu­chu skan­da­lu z ko­ni­ną de­kla­ro­wa­ną jako wo­ło­wi­na. "Veggi Day" na­wią­zy­wał tra­dy­cji bez­mię­snych piąt­ków w chrze­ści­jań­stwie. Współ­cze­sny czło­wiek za­mie­nił swe ciało w świą­ty­nię, fa­na­tycz­ny obiekt kultu. Zdro­we je­dze­nie awan­so­wa­ło do rangi nowej re­li­gii, a za­ka­zy ży­wie­nio­we stały się nie­od­łącz­nym ele­men­tem planu zba­wie­nia.

En­cy­klo­pe­dia Broc­khau­sa de­fi­niu­je re­li­gię jako "sys­tem wie­rzeń i ob­rzę­dów, okre­śla­ją­cych cel i drogę zba­wie­nia, wy­zna­wa­nych przez wspól­no­tę ludzi wie­rzą­cych". Nic dodać, nic ująć.

Na wszyst­kich ka­na­łach te­le­wi­zyj­nych ce­le­bry­ci wy­gła­sza­ją ka­za­nia o aler­giach, nie­to­le­ran­cjach ży­wie­nio­wych i die­tach. Ka­pła­na­mi nowej re­li­gii są te­le­wi­zyj­ne gwiaz­dy kuch­ni i au­to­rzy ksią­żek ku­li­nar­nych, przy­po­mi­na­ją­cych mo­ra­li­zu­ją­ce ka­te­chi­zmy ży­wie­nio­we. Już same ty­tu­ły wy­wo­łu­ją uśmiech na twa­rzy: "Ko­mór­ki ra­ko­we nie lubią malin" albo "Sam na sam z ogór­ka­mi". Więk­szość ty­tu­łów kryje czy­tel­ny prze­kaz: "Bi­blia ży­wie­nio­wa", "Bi­blia bez­glu­te­no­wa", "Mała bi­blia dla wegan". Wszyst­kie na­pi­sa­no sty­lem do­brze zna­nym z li­te­ra­tu­ry re­li­gij­nej.

Masz od­da­wać cześć Bogu, kar­miąc ciało pro­duk­ta­mi, na któ­rych wid­nie­je ety­kiet­ka "wolny od". Masz wy­nieść na pie­de­stał wraż­li­wość i nie­to­le­ran­cję po­kar­mo­wą. Masz ku­po­wać tylko żyw­ność zrów­no­wa­żo­ną i nigdy nie za­da­wać kło­po­tli­we­go py­ta­nia: zrów­no­wa­żo­na dla­cze­go i dla kogo? Nie wolno ci jeść pro­duk­tów, które mają za sobą długi trans­port. Masz wspie­rać bied­nych rol­ni­ków z kra­jów roz­wia­ją­cych się. Nie wolno za­bi­jać i zja­dać zwie­rząt. Je­że­li już do­pad­nie cię grzesz­na żądza, masz jeść mięso w sa­mot­no­ści, broń Boże w obec­no­ści wegan.

Tabu ży­wie­nio­we ist­nie­ją we wszyst­kich re­li­giach. Są nie­od­łącz­nym ele­men­tem obiet­ni­cy zba­wie­nia, wzmac­nia­ją toż­sa­mość wspól­no­ty i od­róż­nia­ją ją od in­nych wy­znań. Prze­strze­ga­nie na­ka­zów jest bar­dzo trud­ne. Ich zła­ma­nie wy­wo­łu­je po­czu­cie winy i wy­rzu­ty su­mie­nia, które wzmac­nia­ją wła­dzę in­sty­tu­cji i do­stoj­ni­ków ko­ściel­nych, zwięk­sza­jąc sprze­daż od­pu­stów.

Kto roz­grze­szy bied­ne­go grzesz­ni­ka z lęku, że wy­bie­ra­jąc ko­tlet z tofu nie spo­wo­do­wał wy­cię­cia ka­wał­ka lasu tro­pi­kal­ne­go pod upra­wę soi? Czy dla mo­je­go su­mie­nia eko­lo­gicz­ne­go jest lep­sza ja­gnię­ci­na trans­por­to­wa­na stat­ka­mi z Nowej Ze­lan­dii czy bydło z Ban­de­bur­gii kar­mio­ne zbo­żem? Czy ku­po­wać ana­na­sa wy­ho­do­wa­ne­go przez żądny zysku kon­cern owo­co­wy, czy też po­je­chać sa­mo­cho­dem do skle­pu ze zdro­wą żyw­no­ścią, gdzie sprze­da­je się ana­na­sy po­praw­nie po­li­tycz­ne? Skoro do­je­nie jest dla krów mę­czar­nią, czy picie wy­pro­du­ko­wa­ne­go z niego mleka bez­lak­to­zo­we­go jest czymś mniej na­gan­nym? Od nie­daw­na pa­nu­je prze­ko­na­nie, że in­deks BMI w prze­dzia­le 25-30 gwa­ran­tu­je dłu­gie życie. Dla­cze­go? Prze­cież ozna­cza oty­łość!

Bez­sen­sow­ne i za­cię­te ba­ta­lie o pra­wi­dło­we od­ży­wia­nie od­by­wa­ją się co­dzien­nie w pry­wat­nych przed­szko­lach i szko­łach. Staw­ką jest po­tę­pie­nie lub zba­wie­nie. W walce cho­dzi o wszyst­ko tylko nie o to, czy dzie­ciom sma­ku­je je­dze­nie, czy za­pew­nia im na zdro­wie i do­star­cza or­ga­ni­zmo­wi wy­star­cza­ją­cych ilo­ści glu­ko­zy dla roz­wi­ja­ją­ce­go się mózgu. (...)

Zatem można wpaść we wście­kłość sto­jąc przed otwar­tą lo­dów­ką. Uko­iłam sko­ła­ta­ne nerwy chu­dym jo­gur­tem bez­lak­to­zo­wym i myślą, że nie samym chle­bem czło­wiek żyje. Naj­waż­niej­sze jest za­spo­ka­ja­nie po­trzeb du­cho­wych, na przy­kład lek­tu­rą mą­drych ksią­żek. Rzecz jasna od czasu do czasu warto za­sta­no­wić się, co zro­bić, aby 842 mi­lio­ny ludzi na świe­cie nie cier­pia­ły głodu.

Za­mknę­łam drzwi od lo­dów­ki moc­niej niż to było ko­niecz­ne. Po­my­śla­łam, że skoro cho­dzi o re­li­gię, mu­si­my na­uczyć się wza­jem­nej to­le­ran­cji. Potem usły­sza­łam, jak mówię: amen.

Autor: Evelyn Roll

Źródło: Süddeutsche Zeitung

 

Sieci społecznościowe

Tagi