"Bezdomni" na własne życzenie. To dla nich największe szczęście

Są "bez­dom­ni" na wła­sne ży­cze­nie, a wszyst­ko co mają mie­ści się w wa­liz­ce. Przy tym mał­żon­ko­wie z Ka­li­for­nii nie mo­gli­by być szczę­śliw­szy­mi ludź­mi niż są teraz. Swój ory­gi­nal­ny tryb życia po­le­ca­ją każ­de­mu, bez wzglę­du na za­sob­ność port­fe­la.

Przed trze­ma laty eme­ry­ci Lynne Mar­tin, lat 73 wraz z mężem Timem, lat 68, zde­cy­do­wa­li się na "spon­ta­nicz­ny" tryb życia. Wy­zby­li się więk­szo­ści swo­je­go ma­jąt­ku, sprze­da­li dom w Paso Ro­bles, w Ka­li­for­nii, zna­leź­li no­wych wła­ści­cie­li dla swo­je­go psa i za­czę­li po­dró­żo­wać po świe­cie. Od tam­tej pory wy­naj­mo­wa­li miesz­ka­nia w Mek­sy­ku, Ar­gen­ty­nie, Tur­cji, Fran­cji, we Wło­szech, w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Ir­lan­dii, Ma­ro­ku, Por­tu­ga­lii i w Niem­czech.

Mar­ti­no­wie, po­dró­żu­ją­cy z 82-cen­ty­men­to­wą wa­liz­ką, uwa­ża­ją się za "eme­ryc­ką cy­ga­ne­rię", ludzi, któ­rzy po­ko­cha­li tryb życia no­ma­dów, po­nie­waż "wresz­cie mo­że­my po­zwo­lić sobie na luk­sus po­dró­żo­wa­nia i po­zna­wa­nia no­wych ludzi" z in­nych kra­jów, wy­ja­śnia Lynne, która o swo­ich do­świad­cze­niach na­pi­sa­ła książ­kę "Home Sweet Any­whe­re: How We Sold Our House, Cre­ated a New Life, and Saw the World". Swoje przy­go­dy ko­bie­ta re­la­cjo­nu­je też na blogu homefreeadventures.​com.

Oboje z ła­two­ścią przy­sto­so­wa­li się do eks­cy­tu­ją­ce­go życia w dro­dze. Lynne ma za sobą ka­rie­rę biz­ne­swo­man w dzie­dzi­nie pu­blic re­la­tions, ar­chi­tek­tu­ry wnętrz i przy pro­duk­cji eks­klu­zyw­nych serów doj­rze­wa­ją­cych. Tim za­ra­biał kie­dyś na życie pi­sząc tek­sty pio­se­nek i jako wła­ści­ciel firmy elek­tro­nicz­nej. Oboje mają córki z po­przed­nich mał­żeństw i razem do­cze­ka­li się sied­mior­ga wnu­cząt. – Nie mo­gli­by­śmy być szczę­śliw­szy­mi ludź­mi niż teraz – pod­su­mo­wu­je Tim. – Bar­dzo po­do­ba mi się życie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, ale jesz­cze bar­dziej lubię od­kry­wać coraz to nowe miej­sca.

Po­bra­li się przed ośmio­ma laty i zde­cy­do­wa­li wró­cić do ak­tyw­ne­go życia, teraz jako re­zy­den­ci kra­jów, które tylko przy­szła­by im fan­ta­zja od­wie­dzić. Szyb­ko do­szli do wnio­sku, że aby speł­nić to ma­rze­nie, muszą naj­pierw sprze­dać dom, po­nie­waż "nie mo­gli­by­śmy bez­tro­sko po­dró­żo­wać i rów­no­cze­śnie trosz­czyć się to, co zo­sta­wi­li­śmy za sobą", wy­ja­śnia Lynne.

To ogra­ni­cze­nie stanu po­sia­da­nia do mi­ni­mum, które można by zmie­ścić w prze­no­śnym ba­ga­żu, było do­świad­cze­niem "trud­nym", lecz wcale nie "okrop­nym", za­uwa­ża Lynne. – Za­cho­wa­li­śmy nasze skar­by, w ro­dza­ju zdjęć, bi­żu­te­rii, drob­nych pa­mią­tek, lecz z biur­ka­mi, lam­pa­mi, krze­sła­mi i sto­li­ka­mi do kawy trze­ba było się po­że­gnać – wspo­mi­na.

Mu­sie­li jesz­cze zna­leźć nowy dom dla swo­je­go psa rasy Jack Rus­sell ter­rier. – Było nam wtedy na­praw­dę bar­dzo przy­kro, lecz zna­leź­li­śmy mu no­wych, wspa­nia­łych wła­ści­cie­li. Nasz to­wa­rzysz miesz­ka teraz na ośmio­hek­ta­ro­wej dział­ce z pię­cio­ma in­ny­mi te­rie­ra­mi. To tak jakby zna­lazł się w psim raju. Trak­tu­ją go tam jak króla.

Wcale nie po­trze­bu­jesz być bo­ga­czem, by zde­cy­do­wać się na taką od­mia­nę, zgod­nie pod­kre­śla­ją mał­żon­ko­wie. – Nie na­le­ży­my do osób ma­jęt­nych – za­zna­cza Lynne – acz­kol­wiek wiele za­wdzię­cza­my na­sze­mu do­rad­cy fi­nan­so­we­mu.

Czer­pią do­cho­dy z in­we­sty­cji (około 6000 do­la­rów mie­sięcz­nie), do tego mogą li­czyć na eme­ry­tu­rę. Dzię­ki temu nie mu­sie­li dotąd ko­rzy­stać z po­mo­cy dzie­ci. – Mo­że­my sami za­trosz­czyć się o sie­bie bez ko­niecz­no­ści bycia cię­ża­rem dla in­nych – twier­dzi Lynne z dumą. – Chce­my za­cho­wać od­po­wie­dzial­ność za swój los do końca życia. Nie wy­da­je­my teraz ani tro­chę wię­cej niż kie­dyś – mówi z dumą. – Jeśli pod­li­czy­cie, ile kosz­tu­je utrzy­ma­nie domu wraz z jego ubez­pie­cze­niem, po­dat­ka­mi, czy re­mon­ta­mi, okaże się, że nasze po­dró­żo­wa­nie wcale nie jest dro­gie.

Tim ze swej stro­ny do­da­je, że pla­no­wa­nie ko­lej­nej po­dró­ży, wy­naj­do­wa­nie noc­le­gów i usta­la­nie trasy spra­wia mu wiel­ką przy­jem­ność. Miesz­ka­nie na plaży w Por­tu­ga­lii kosz­tu­je mniej niż 1800 do­la­rów mie­sięcz­nie, za­uwa­ża jego żona. Miesz­ka­nia do wy­na­ję­cia za­wsze są czy­ste, choć z dru­giej stro­ny "nie zna­leź­li­śmy ta­kie­go lokum, które mia­ło­by na­praw­dę wy­god­ne łóżka".

Żeby le­piej kon­tro­lo­wać wy­dat­ki, mał­żon­ko­wie po­dró­żu­ją na­prze­mien­nie do dro­gich miast – jak Lon­dyn czy Paryż – i do tań­szych lo­ka­li­za­cji w Tur­cji czy Mek­sy­ku. Chęt­nie ko­rzy­sta­ją z oka­zyj­nych cen rej­sów po­za­roz­kła­do­wych zwią­za­nych z se­zo­no­wym prze­no­sze­niem stat­ków w inne re­jo­ny świa­ta. – W ten spo­sób czte­ro­krot­nie prze­pły­nę­li­śmy Atlan­tyk – opo­wia­da Lynne.

Cho­ciaż Mar­ti­no­wie nie znają ję­zy­ków ob­cych, ko­mu­ni­ka­cja z cu­dzo­ziem­ca­mi nie spra­wia im pro­ble­mów. Oka­zu­je się, że naj­bar­dziej pod­sta­wo­wy zasób zwro­tów – pro­szę, prze­pra­szam, dzię­ku­ję – może w zu­peł­no­ści wy­star­czyć. – Uśmiech, uprzej­mość i wska­zy­wa­nie rze­czy pal­cem spraw­dzi się w każ­dych oko­licz­no­ściach – żar­tu­je Lynne. Wiele czasu i ener­gii po­świę­ci­li roz­szy­fro­wa­niu, jak uru­cho­mić za gra­ni­cą te­le­wi­zo­ry, mi­kro­fa­lów­ki, su­szar­ki i zmy­war­ki.

Za­rów­no Lynne jak i Tim przez ostat­nie lata cie­szy­li się do­brym zdro­wiem, więc do le­ka­rza zgła­sza­li się tylko z po­wo­du drob­nych do­le­gli­wo­ści. Z tę­sk­no­ty za ro­dzi­ną i przy­ja­ciół­mi kilka mie­się­cy w roku spę­dza­ją w do­mach wy­na­ję­tych w po­bli­żu miej­sca za­miesz­ka­nia dzie­ci i wnu­cząt, na Flo­ry­dzie, w Ka­li­for­nii i Tek­sa­sie, a od czasu do czasu to bli­scy do­łą­cza­ją do nich w po­dró­ży.

Ostat­nio para przy­je­cha­ła do No­we­go Jorku, a wkrót­ce wy­bie­ra się z po­wro­tem do Pa­ry­ża, by parę mie­się­cy potem zna­leźć się w Ekwa­do­rze. Nie za­mie­rza­ją wra­cać do osia­dłe­go trybu życia "tak długo jak to tylko bę­dzie moż­li­we", lecz jeśli już przyj­dzie ten mo­ment, naj­praw­do­po­dob­niej wrócą do Ka­li­for­nii.

Ten, kto chciał­by za­kosz­to­wać życia w nie­koń­czą­cej się po­dró­ży, po­wi­nien mieć w sobie "tę­sk­no­tę za nie­zna­nym i ducha przy­go­dy", uści­śla Lynne. – To opcja dla osób cie­ka­wych świa­ta i ela­stycz­nych, po­nie­waż nie­spo­dzian­ki będą przy­da­rzać się wam co­dzien­nie. Nie mamy pod­staw, by twier­dzić, że życie w po­dró­ży jest wy­bo­rem lep­szym od in­nych. W na­szym wy­pad­ku oka­za­ło się do­brym roz­wią­za­niem.

 

Autor: Nanci Hellmich, Źródło: Los Angeles Times

 

Sieci społecznościowe

Tagi