Naukowi despoci

Senator Florydy, Marco Rubio, został ostro zaatakowany za odmowę bezwarunkowego poddania się autorytetowi nauki. „Nie wierzę, że działalność człowieka jest przyczyną takich dramatycznych zmian naszego klimatu, jak to pokazują naukowcy” - powiedział w rozmowie z Jonathanem Karlem.

Ruth Marcus, która nie jest naukowcem i pisze do The Washington Post, oświadczyła, że słowa Rubio „podkopują jego inne twierdzenie, że jest gotów zostać prezydentem”. Julia Lapidos, też nie naukowiec, uznała na blogu w The New York Times, że Rubio „zdyskwalifikował się jako kandydat na prezydenta”.

Opinie Marcus i Lapidos są przykładem głupich wypowiedzi na temat globalnego ocieplenia. Są typowe dla pewnej grupy ignorantów, którzy wyśmiewają się z niewiedzy polityków. Nie mają żadnych argumentów, poza odwoływaniem się do autorytetu nauki. Lapidos pisze: „Czy Rubio myśli, że naukowcy kłamią, czy też nie wiedzą, o czym mówią?”.

Odwoływanie się do autorytetu nie zawsze jest złe, ale błędem jest zakładanie, że autorytet zawsze jest nieomylny. Podczas debat politycznych, powoływanie się na autorytet bywa mocnym argumentem, jeśli ów autorytet jest zarazem odpowiedni i godny zaufania. I kiedy mamy do czynienia ze skomplikowanymi sprawami, w których brak nam dostatecznego rozeznania. Jak to ujął Michael Gerson w The Washington Post, „Nasza intuicja bywa czasami bezużyteczna. Jedyne możliwe odpowiedzi pochodzą od nauki. W przypadku tych, którzy naukowcami nie są, potrzebna jest odrobina zaufania do przedsiębiorstwa zwanego nauką”.

Czy widzicie subtelny problem ze stwierdzeniem Gersona? Nakaz zaufania przy odrzuceniu własnej intuicji jest, w najlepszym razie, wewnętrznie sprzeczny, a w najgorszym – jest kantem.

Prawdopodobnie, kolumnista ten, tak jak Marcus i Lapidos, nie ma kwalifikacji, by oceniać zasadność argumentów za globalnym ociepleniem. Jeśli jednak nie ufamy klimatologom, tak jak Rubio, jesteśmy skłonni myśleć, że ich twierdzenia to ściema. Problem z dziennikarzami-ociepleniowcami w typie Marcus i Lapidos jest taki, że odwoływanie się do autorytetu, któremu nie do końca można ufać, osłabia argumenty, zamiast je wzmacniać.

8 maja Lennart Bengtsson, szwedzki klimatolog i meteorolog, dołączył do Rady Fundacji Globalnego Ocieplenia - grupy, która podważa wiarygodność danych o zmianach klimatu i kosztach polityki, która miałaby te zmiany powstrzymać.

Niecały tydzień później, został zmuszony do rezygnacji z uczestnictwa w tej grupie. Naciski ze strony części środowiska klimatologów sprawiły, że nie mógłby prowadzić badań naukowych i zaczął obawiać się o swe bezpieczeństwo. W liście napisał, że ta „walcząca o pokój społeczność” przypomina mu czasy makkartyzmu.

Bengtsson był obrażany na blogach naukowych, jego działalność została nazwana głupotą, a jego samego określono mianem „beksy”.

Bengtsson powiedział dziennikarzom „Daily Mail”: „Niektórym ludziom podobają się moje poglądy, innym nie i to w nauce jest normalne”. Nauka jest procesem otwartym na różne metody dochodzenia do prawdy. Ci, którzy wymagają myślenia ortodoksyjnego i obrzucają wyzwiskami nie są naukowcami, nawet jeśli mają naukowe tytuły.

Gerson słusznie zauważył, że intuicja laika jest mało przydatna w ocenie naukowych propozycji. Konieczna jest wiedza, której większość laików nie ma. Ale intuicja z pewnością wystarczy, by odróżnić autorytet od autorytaryzmu.

 

 

Na podst. Scientific Authoritarians, James Taranto, The Wall Street Journal

 

Sieci społecznościowe

Tagi