Wyciągaj rękę na zgodę jak najszybciej, póki nie jest jeszcze za późno

Wykonaj ten telefon. Wyślij tę kartkę. Nie chowaj urazy.

– Nieważne, o co chodziło, puść to w niepamięć – powiedział mi Larry Goodman Jr., przygotowując się do pogrzebu swojego taty w Kościele Baptystycznym Starlight. – Zapomnij o tym – poradził. – Po prostu odpuść.

Kiedyś przestali ze sobą rozmawiać. Larry nie podejrzewał, że to milczenie potrwa osiem miesięcy. Zerwali kontakty po kłótni o wesele Larry’ego, a w efekcie jego tata spóźnił się na ceremonię.

Bardzo długo żaden z nich nie chciał ustąpić. Te osiem miesięcy były bardzo trudne i dla ojca, i dla syna. Dwudziestosiedmioletni Larry tęsknił za swoim najlepszym przyjacielem, człowiekiem, który nauczył go wybierać przyjaciół i kobiety, człowiekiem, który nauczył go grillować żeberka i przyrządzać najlepszą fasolę na północ od Georgii, człowiekiem, po którym był taki uparty.

Lecz pewnego dnia jego ojciec trafił do szpitala z powodu bólu w klatce piersiowej. Larry przyniósł mu kartkę z życzeniami powrotu do zdrowia. Nie planował pojednania, ale tata zmiażdżył go w uścisku. Dostali drugą szansę.

– Kiedy stanąłem w drzwiach, przytulił mnie i ucałował – powiedział Larry. – Próbowałem zachować kamienną twarz. Nadal miałem do niego pretensje.

Jego tata zawarł z nim pokój tymi słowami:

– Jesteś na mnie zły, ale kocham cię i wiem, że ty też mnie kochasz. Zawsze możesz na mnie liczyć.

Odtąd znów byli najlepszymi przyjaciółmi.

– Było jak dawniej – powiedział Larry, a do oczu napłynęły mu łzy.

Nie mógł przestać płakać od rozmowy telefonicznej z siostrą sprzed kilku dni. Musiała się na chwilę rozłączyć, bo miała drugi telefon. Po chwili usłyszał w słuchawce jej krzyk: „Tato nie żyje!”. W domu wybuchł pożar.

Larry pojechał do ojca. Nie wierzył, że to prawda, dopóki nie poczuł dymu. Zanim dojechał na miejsce, zwęglony dom był już zabity deskami. W biurze koronera Larry musiał zidentyfikować stukilogramowego i prawie dwumetrowego czarnego mężczyznę. Kiedy zobaczył nogi ofiary, wiedział, że to jego tata. Odziedziczył po nim umięśnione łydki.

Larry opróżnił szafkę ojca w fabryce Forda, gdzie tata przepracował prawie dwadzieścia dziewięć lat. Larry zawsze myślał, że ojciec, który miał dopiero lat czterdzieści osiem, zostanie tam do emerytury. Kiedy wyjmował jego ubrania robocze, po policzkach spływały mu łzy.

– Za każdym razem, kiedy wyciągałem coś z jego szafki, czułem się jak mały chłopiec, który czeka, aż jego tatuś wyjdzie zza rogu – wyjaśnił. Ten mały chłopiec miał wewnętrzny zegar, który podpowiadał mu, o której godzinie pociąg przywiezie tatę z pracy. Biegł prawie milę, żeby go powitać. Larry wspominał, że to tata zabrał go na pierwszy mecz baseballu. Że potrafił każdego rozśmieszyć. Że wiele poświęcił, żeby pracować na dwie zmiany.

– Żałuję, że kiedy w szkole średniej grałem w koszykówkę, nie mogłem zobaczyć go na trybunach – rzekł. – Kiedy opowiadałem tacie o jakimś wydarzeniu w moim życiu, w każdej sytuacji znajdował coś pozytywnego. Będzie mi tego brakowało. We wszystkim dostrzegał jakąś szansę i pytał mnie: „Jak możesz to przekuć na swoją korzyść?”.

Teraz Larry dostrzegł coś pozytywnego w szafce taty – butelkę z jego wodą kolońską.

– Tata uwielbiał zapach Jovan Sex Appeal for Men – zawołał ze śmiechem. – O rany, kiedyś byłemu niego w domu – miałem jakieś dwadzieścia lat – a on powiedział: „Mam tu naprawdę świetną rzecz”. Zabrał mnie po schodach na górę, mówiąc: „Spodoba ci się to”. I wyciągnął tę butelkę Jovan.

Larry włożył na pogrzeb jeden z garniturów swojego taty. I spryskał się wodą Jovan Sex Appeal. Podzielił się ze mną swoją historią, chcąc zachęcić innych do zakopania topora wojennego, dopóki to jeszcze możliwe.

Nigdy nie zapomnę wywiadu z człowiekiem, który czekał z tym za długo.

William Strazinsky i jego nastoletnia córka Becky kiedyś mieli bliskie relacje. W dzieciństwie wspinała mu się na kolana i przytulała do jego piersi, zadowolona i bezpieczna. Po długich godzinach w biurze wracał do domu i ściągał krawat przez głowę, żeby Becky mogła pociągnąć go za oba końce i rozsupłać węzeł.

Ojciec i córka przyjaźnili się nawet po tym, jak tata rozwiódł się z jej matką.

A potem Becky weszła w okres dojrzewania, kiedy priorytety się zmieniają, kiedy przyjaciele stają się ważniejsi niż rodzina, kiedy zaczyna się kwestionować autorytet rodzicielski, a między pokoleniami otwiera się przepaść. Minął rok. William wiedział, że tę przepaść można zasypać. Potrzebował tylko trochę czasu. Czuł, że przyjdzie dzień, kiedy weźmie córkę za rękę i porozmawiają.

Ale gdy w któryś piątek wrócił do domu, na automatycznej sekretarce czekała na niego wiadomość. Siedemnastoletnia wówczas Becky miała wypadek samochodowy. Jeep cherokee, którym jechała, wpadł w poślizg na śniegu, obrócił się kilka razy i wylądował na dachu. Becky miała złamaną miednicę, połamane żebra i pękniętą czaszkę.

Umarła, zanim dotarł do szpitala. Usiadł obok noszy, na których leżało jej ciało. Ujął w dłoń zimne palce córki i spojrzał w jej posiniaczoną twarz. Nie zdążyła nawet skończyć szkoły średniej. Przez dwie godziny płakał i mówił Becky, że była dla niego najważniejsza, że ją kochał; jak żałuje, że nie było go przy niej przez te wszystkie stracone miesiące.

Modlił się o cud, modlił się, żeby ścisnęła go za rękę, żeby porozmawiała z nim choćby przez kilka minut. Powiedział jej to wszystko, czego nie zdążył powiedzieć, kiedy jeszcze żyła.

Nigdy nie zapomnę tej opowieści o ostatnich wspólnych chwilach. Tak wielu z nas może kiedyś żałować tego samego.

Prawie na każdym spotkaniu z czytelnikami jakaś matka albo ojciec zwierza mi się, że od wielu lat nie rozmawia z synem albo córką. Każdy czeka, aż złamie się ta druga osoba. Ale dlaczego sam nie zrobisz pierwszego kroku?

Przyjaciele z grupy dwunastu kroków nauczyli mnie, że żadnej z naszych relacji nie powinna zatruwać gorycz ani pretensje. Zachęcili mnie do stworzenia listy wszystkich osób, które skrzywdziłam uczynkiem albo zaniedbaniem, i spróbowała to naprawić, skupiając się tylko na tym, jaką rolę ja odegrałam w tym procesie.

Kiedy lista jest gotowa, zanoszę ją do Boga i modlę się o chęć wyciągnięcia ręki na zgodę. Nie czekam już, aż druga osoba się ugnie. Nie muszę czekać, aż przyzna się do błędu. To może nigdy nie nastąpić.

Skupiam się na własnej winie, nawet jeśli była mniejsza. A wtedy druga osoba prawie zawsze bierze odpowiedzialność za swoje błędy. A nawet jeśli tego nie robi, to przynajmniej mam czysty umysł i serce.

Czasem muszę się modlić o chęć wyciągnięcia ręki na zgodę, ale zawsze przychodzi, i na szczęście jeszcze nigdy nie przyszła za późno.

A ciebie co powstrzymuje przed pierwszym krokiem?

 


Źródło: Regina Brett, Be the miracle. 50 lessons for making the impossible possible, Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi