Biznesmeni radziliby sobie lepiej, gdyby mniej robili, a więcej myśleli

Niezliczone rzesze biznesowych guru mówią nam, że możemy, i musimy, więcej robić. Lecz prawdziwym problemem jest nie niedosyt, a nadmiar: zakłóceń i czynności czysto formalnych. Holendrzy za największy pożeracz czasu zdają się uważać spotkania, ukuli nawet pojęcie „szok spotkaniowy”. Ale z badań McKinsey Global Institute wynika, że w poszukiwaniu straconego czasu należy się najpierw przyjrzeć poczcie elektronicznej. Poświęcamy jej 1/4 dnia pracy.

Napędzanie błędnego koła nieistotnych czynności doprowadziło do prawdziwej epidemii przepracowania. Amerykanie spędzają dziś w pracy o 8,5 godziny tygodniowo więcej, niż w 1979 r. Prawie 1/3 pracujących śpi najwyżej 6 godzin na dobę. 80% mieszkańców USA zabiera pracę do domu, 69% nie może pójść spać, nie sprawdziwszy poczty elektronicznej, a 38% regularnie przegląda swoją firmową skrzynkę przy obiedzie.

Cała ta aktywność sprawia, że trudniej skupić się na prawdziwej pracy, gdyż naszą uwagę pochłania jej pozór. Z badań Teresy Amabile z Harvard Business School wynika, że pracownicy są bardziej kreatywni w dniach, gdy mają większy luz. Presja i bezlik niespodziewanych wymagań oddziałują na nich bardzo negatywnie. Gloria Mark z Uniwersytetu Kalifornijskiego przeprowadziła badanie, w którym na 5 dni pozbawiła pracowników działu IT dostępu do poczty elektronicznej. Okazało się, że dzięki temu mogli dłużej skupiać się na swych zadaniach i byli mniej zestresowani.

Ronald Reagan powiedział kiedyś: „To prawda, że ciężka praca jeszcze nikogo nie zabiła, ale po co ryzykować?”. Powinniśmy wyciągnąć z tych słów naukę, zanim zagrafikujemy się na śmierć.

Na odrobinie luzu najwięcej skorzystaliby kreatywni pracownicy – ci, którzy podobno stanowią podstawę nowoczesnej gospodarki. Na początku lat 90. psycholog  Mihaly Csikszentmihalyi zapytał 275 osób, znanych z kreatywności, czy zechciałyby udzielić mu wywiadu. 1/3 w ogóle nie odpowiedziała, a kolejna 1/3 odmówiła. Najcenniejszym zasobem twórców jest czas, a ich największym wrogiem są ludzie, którzy próbują go uszczuplić, wysyłając e-maile i umawiając się na spotkania.

Na plus wyszliby też sami menedżerowie. Ci na samym szczycie są najbardziej użyteczni, kiedy obmyślają strategie i nie angażują się w działania operacyjne. Gdy Jack Welch był szefem General Electric, miał zwyczaj spędzać godzinę dziennie na, jak sam to określał, „wyglądaniu przez okno”. Bill Gates, jeszcze jako szef Microsoftu, co roku brał „dwa tygodnie na myślenie” i  zamykał się w oddalonym od cywilizacji domku.

Mniejsze zaangażowanie w bieżące sprawy nie zaszkodziłoby też menedżerom niższego szczebla. Keith Murnighan z Kellogg School of Management uważa, że najlepsi menedżerowie skupiają się na stworzeniu odpowiednich reguł, dobraniu zespołu i ustaleniu mechanizmów motywacyjnych. Później nie stają pracownikom na drodze.

„Nicnierobienie” nie może być, oczywiście, przesadne. Menedżerowie pełnią ważną funkcję: koordynują skomplikowane działania i utrzymują dyscyplinę. Niektórzy kreatywni ludzie nie skończyliby żadnego projektu, gdyby zostawić ich samym sobie. Ale z pewnością istnieją silne argumenty za tym, aby robić mniej (ograniczyć liczbę e-maili, spotkań i pozbyć się kilku nadgorliwych szefów). Spinanie się przynosi negatywne rezultaty. Pora wypróbować bardziej radykalną strategię wyluzowania.

Sieci społecznościowe

Tagi