Energia odnawialna - siła czy hamulec wzrostu?

Czy państwo powinno wspierać rozwój odnawialnych źródła energii? A jeśli tak, to w jakie warto inwestować, żeby rozwijała się cała gospodarka? Czy ustawa o OZE to dobry kierunek? Na te pytania rząd i energetycy odpowiadali w debacie portalu WysokieNapiecie.pl.

Kilkanaście dni temu rząd przyjął projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii. Nowe prawo ma zrewolucjonizować system dotacji do "zielonych elektrowni". Jednak jej zapisy budzą kontrowersje.

System wsparcia do zmiany

Obecnie elektrownie wykorzystujące odnawialne źródła energii (OZE) korzystają ze wsparcia w postaci tzw. zielonych certyfikatów, ponieważ ich budowa jest zbyt droga aby konkurować na otwartym rynku. Dzięki sprzedaży certyfikatów (kupować muszą je firmy dostarczające prąd klientom) oraz samej energii otrzymują 2-3 razy więcej od elektrowni węglowych.

Jednak OZE rozwijają się szybciej, niż zakładał rząd, a w dodatku zbyt drogo, bo każda technologia jest wspierana w takiej samej wysokości, chociaż części wystarczyłyby niższe dopłaty. Dlatego rząd przedstawił projekt ustawy o OZE przewidujący zamawianie przez niego określonej ilości "zielonej energii" na kolejne lata. Kontrakt na 15 lat dostanie ten producent, który na aukcji zaproponuje dostawy po najniższej cenie.

Nie zmieni się jedno – dopóki cena energii z OZE będzie wyższa, niż rynkowa, różnicę dopłacać będą odbiorcy prądu. Jednak system ma pomóc Polsce w realizacji unijnych zobowiązań i dywersyfikacji źródeł wytwarzania energii. Do 2020 roku 20 proc. prądu ma pochodzić z OZE.

Rząd: 3,5 zamiast 12 mld zł dopłat

Dzięki nowej ustawie rząd chce zmniejszyć koszty wsparcia. Wyliczył, że do 2020 roku jego wartość wzrośnie z obecnych ok. 3 mld zł tylko do 3,5 mld zł rocznie, zamiast ok. 12 mld zł, jakby to miało mieć miejsce w obecnym systemie lub ok. 11 mld zł w planowanej do niedawna jego modyfikacji, w której tańsze technologie otrzymywać miały mniej, a droższe więcej, niż obecnie.

– Unia Europejska dąży do 40 proc. redukcji emisji CO2 do 2030 r. i niemal wszystkie kraje popierają ten cel. Nie możemy wciąż opierać się na węglu, miks paliwowy będzie wyglądał inaczej. To się niestety będzie wiązać ze sporym kosztem, który poniesie społeczeństwo. Naszym zadaniem jest stworzenie takich ram prawnych, które zminimalizują ten koszt, ale pozwolą inwestować – mówił Krzysztof Karolczyk, menedżer ds. rozwoju elektrociepłowni w fińskim Fortum.

OZE obniżą ceny prądu?

Zdaniem Zbigniewa Prokopowicza energetyka odnawialna wcale nie musi być droga. Koszty produkcji energii w elektrowniach wiatrowych i istniejących już kotłach przystosowanych do spalania biomasy zbliżają się do tych, które mają nowe elektrownie węglowe, a na pewno są niższe od elektrowni gazowych – tłumaczył.

– W dodatku energetyka odnawialna, która ma bardzo niskie koszty zmienne [samej produkcji, bez kosztów inwestycji – red.], powoduje obniżanie cen energii w hurcie. W niektórych krajach ich spadek był większy, niż wzrost cen dla klientów spowodowany dotacjami – przekonywał.

Z kolei dr hab. Paweł Skowroński z Politechniki Warszawskiej, były wiceprezes szwedzkiego Vattenfalla oraz państwowej PGE, zwrócił uwagę, że nad Wisłą ten bilans nie będzie równie pozytywny. – W Polsce merit order [czyli ranking cenowy elektrowni szeregujący je od tych z najniższymi kosztami zmiennymi – red.] jest zdecydowanie bardziej płaski niż np. w Niemczech – przekonywał.

U naszych zachodnich sąsiadów obok bardzo tanich elektrowni na węgiel brunatny dużą część energii produkowały do niedawna bardzo drogie elektrownie gazowe i to właśnie "wypchnięcie" ich produkcji przez tanie elektrownie odnawialne obniżyło ceny hurtowe prądu. U nas "wypychane" z produkcji są przede wszystkim elektrownie na węgiel kamienny, które są nieznacznie droższe od opalanych węglem brunatnym. Spadek cen hurtowych jest zatem mniejszy od wzrostu cen końcowych spowodowanego dotacjami dla OZE.

Ustawa o OZE nie dla energetyki

I Skowroński, i prezes kontrolowanej przez państwo gdańskiej Energi Mirosław Bieliński chwalili rząd za samą filozofię projektu. – Ustawy nie są po to żeby spełniać czyjeś zachcianki i pod tym względem ta mi się podoba. To nie jest projekt dla energetyki, ale dla całej gospodarki. Rząd będzie miał sprawne narzędzie żeby kontrolować koszty OZE. W dodatku nie generuje kosztów osieroconych, bo dotychczas uruchomione inwestycje zachowają obecny system wsparcia – mówił Bieliński.

Czy zielone inwestycje ruszą?

Uczestnicy debaty zgodzili się, że przygotowywana od trzech lat ustawa oznacza niepewność inwestycyjną. – Chociaż w 2013 roku uruchomiono rekordową moc farm wiatrowych [prawie 900 MW – red.], to jednak wydano decyzje inwestycyjne dla kolejnych zaledwie 60 MW – tłumaczył Zbigniew Prokopowicz z PEP.

 – Jest bardzo duża niepewność na rynku, firmy boją się ryzyka, może być tak, że przez kilka lat nie będzie żadnych aukcji – dodał Jarosław Wajer, partner w zespole energetycznym firmy doradczej EY. – Przez trzy lata pracy nad projektem firmy wstrzymywały się z inwestycjami.

Wajer zwrócił też uwagę, że ustawa zostawia zbyt wielkie pole do uznania dla urzędników i to jeszcze pogłębia niepewność. – Ryzyko, zwłaszcza dla małych firm, wzrośnie diametralnie. Uzyskanie pozwolenia na budowę elektrowni wiatrowej i przyłączenia do sieci zajmuje minimum 2,5 roku. Trzeba wydać do miliona zł. Dopiero jak firma uzyska pozwolenia, będzie mogła startować w aukcji. Ale może się okazać, że jej nie wygra.

Co gorsza, zdaniem prezesa PEP realny czas przygotowania projektów wiatrowych to obecnie nie 2,5 roku, a blisko 5-6 lat.

– To normalne ryzyko rynkowe, z którym spotykają się inwestorzy we wszystkich branżach – odpierał zarzuty wiceminister gospodarki Jerzy Witold Pietrewicz. Jak dodał to właśnie branża OZE będzie mogła liczyć na preferencyjne warunki – ustaloną na 15 lat i indeksowaną wskaźnikiem inflacji cenę za produkowaną przez siebie energię.

Prosumenci bez subsydiów

Ogromne kontrowersje budzi sprawa prosumentów. Instalacją własnych paneli fotowoltaicznych czy wiatraków zainteresowanych są tysiące ludzi, którzy liczą, że dzięki wsparciu rządu będą mogli dodatkowo zarabiać. – Są ludzie, którzy mają hobby – mieć własną elektrownię. I żeby im ułatwić tę fanaberię, to się im daje większe wsparcie. A przecież ona zawsze będzie droższa. Prosument korzysta z sieci dystrybucyjnych, ale nie płaci za nie, czyli wszyscy odbiorcy będą płacić za niego – mówił Skowroński.

– Prosument jest potrzebny naszej energetyce jak powietrze – protestował wiceminister Pietrewicz. – Nareszcie będzie mechanizm mierzący jakość pracy energetyki i jej kosztów. Wreszcie będzie presja na energetykę na podnoszenie jakości i obniżanie kosztów.

– Przecież większość energetyki należy do skarbu państwa i skarb powinien pilnować kosztów – ripostował Skowroński.

Prosumentów bronił też Krzysztof Karolczyk, menedżer ds. rozwoju elektrociepłowni w fińskim Fortum. – Projekt ustawy to mały krok w dobrym kierunku, bo stwarza warunki dla energii prosumenckiej, rozproszonej, zwłaszcza na terenach wiejskich – mówił. – Fortum wspiera energetykę prosumencką i w tej sprawie strategia naszej firmy jest zbieżna z tym co proponuje rząd.

Fiński koncern w energetyce rozproszonej widzi swoją przyszłość w Europie – zamierza m.in. pomagać ludziom instalować panele fotowoltaiczne na dachach.

Ale Mirosław Bieliński uważa, że ustawa niespecjalnie pomoże prosumentom, bo daje im niewielkie wsparcie w porównaniu z większymi inwestorami. Przykład? Przepisy, które zmuszają jego spółkę do kupowania "zielonego prądu" po sztywnej cenie z poprzedniego roku. – W ten sposób prowadzimy niestety działalność charytatywną dla dużych inwestorów, nie dla małych. Kosztuje nas to grubo ponad 100 mln zł rocznie. Ten zapis jest niekonstytucyjny. Prosumenci także otrzymają gwarancję zakupu ich energii po określonej cenie, ale będzie o 20 proc. niższa od tej dla zawodowych producentów "zielonej energii".

Wiatraki? Biomasa? A może słońce?

Jakie technologie wspierać, skoro nie da się przewidzieć, które będą efektywne za kilkanaście lat? Czy polską specjalnością powinny być lądowe farmy wiatrowe? Farmy na morzu lub elektrownie fotowoltaiczne (czyli słoneczne)? A może raczej wykorzystać potencjał polskiego rolnictwa i stawiać siłownie na biomasę lub rolnicze biogazownie?

– Trzeba patrzeć na całościowy wymiar ekonomiczny energetyki odnawialnej, na efekt mnożnikowy dla gospodarki – miejsca pracy, inwestycje, eksport technologii. Nie chodzi o ograniczanie emisji CO2, nie chodzi o unijne cele, bo myśląc w ten sposób, będziemy tylko przepłacać – tłumaczył Zbigniew Prokopowicz, prezes Polish Energy Partners (spółki z grupy Kulczyk Holding), która planuje inwestycje m.in. w farmy wiatrowe na morzu.

Ile z inwestycji zostaje w Polsce?

– Dzisiaj morska energetyka wiatrowa jest technologią drogą, aczkolwiek niewiele droższą niż nuklearna. Ale jej koszty spadają, a efekt dla gospodarki jest zdecydowanie większy niż dla wiatraków na lądzie. W przypadku tych pierwszych w kraju powstaje 15-20 proc., a w tych drugich 50-60 proc. wydatków inwestycyjnych, Korzystają stocznie, firmy budujące fundamenty i wieże, bazy transportowe, całe zaplecze do obsługi, żadna inna odnawialna technologia nie ma tak pozytywnego wpływu na całą gospodarkę – przekonywał Prokopowicz.

Polemizował z nim Paweł Skowroński. – W energetyce odnawialnej powinniśmy szukać źródeł najtańszych, a jednocześnie takich, które pozwolą nam wypełnić zobowiązania unijne. – Spójrzmy na wiatrak – w Polsce możemy dostarczać cement, usługi montażowe, wieże, kable, transformatory. Cała część turbinowa – najdroższa – jest importowana. W przypadku wiatraków na morzu może ciut więcej, ale to nie będzie 50 proc. Z punktu widzenia całej gospodarki ten efekt nie jest znaczący w porównaniu ze wzrostem cen energii.

Ale Prokopowicz odpierał argumenty. – Mamy dokładnie oszacowany budżet inwestycyjny i wiemy dokładnie kto co zrobi. Dodał, że energetyka odnawialna ma dwa skutki – obniża cenę na rynku hurtowym, bo przecież koszty produkcji np. z wiatraka są niskie, a jednocześnie wskutek istnienia systemu wsparcia - podnosi cenę dla konsumenta. – Chodzi o to jaki jest efekt netto. I w wielu krajach jest pozytywny. To dotyczy Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, nawet w Niemczech do 2007 r. Dopiero potem Niemcy popełniły błąd, przeinwestowały w fotowoltaice – przekonywał Prokopowicz.

Rynkowa gra

Zdaniem wiceministra Jerzego Pietrewicza wsparcie energetyki odnawialnej powinno być przede wszystkim jak najniższe. Polski rząd, w przeciwieństwie np. do niemieckiego, nie zamierza poprzez dotacje do OZE wspierać wybranych gałęzi gospodarki. O tym jakie branże będą się rozwijać zdecydować ma wolny rynek. Rynek z jak najtańszą energią. Czy to dobry kierunek? Przekonamy się za kilkanaście lat.

 

Sieci społecznościowe

Tagi