Gdzie są granice wzrostu świata paliw kopalnych

W kolejnych krajach złoża wyczerpują się. W Europie przykładem jest gwałtownie spadające wydobycie ropy na Morzu Północnym – o ok. 10 proc. rocznie. Doświadczamy tego też w Polsce, nie tylko w naszych schyłkowych złożach ropy i gazu, ale też węgla. Wydobycie w śląskich kopalniach jest tak drogie, że taniej jest importować surowiec z Rosji czy nawet Chile. Wyczerpują się też złoża węgla brunatnego.

Skrobanie dna beczki

Kiedy łatwo dostępne zasoby wyczerpują się, jesteśmy zmuszeni sięgać po coraz trudniejsze, których eksploatacja jest bardziej kosztowna finansowo, czasowo, infrastrukturalnie, społecznie i środowiskowo. W Polsce demokratyczny rząd przymierza się do stworzenia specustawy i wysiedlenia dziesiątek tysięcy ludzi, by uruchomić odkrywki węgla brunatnego pod Legnicą, Gubinem czy Głogowem, choć nawet w czasach rządów komunistów eksploatację tych złóż uznano za zbyt szkodliwą i bezsensowną.

W coraz bardziej desperackiej pogoni za ropą i gazem koncerny naftowe idą w Arktykę, w głębiny oceaniczne, po piaski roponośne i złoża w skałach łupkowych. Jest ewidentne, że w imię krótkoterminowych zysków i konserwowania status quo skrobiemy dno beczki. Złoża ropy, gazu czy węgla, które wcześniej wydawały się zbyt drogie, nieakceptowane środowiskowo lub społecznie, stają się teraz „najlepszą dostępną jeszcze opcją”.

Remedium w łupkach

Gaz łupkowy daje złudzenie, że grę w sięganie po coraz trudniejsze zasoby da się przeciągać w nieskończoność. Reklamuje się go jako uniwersalne rozwiązanie naszych problemów, od uzależnienia od ropy aż po zmiany klimatyczne. Przemysł naftowy chciałby, żeby społeczeństwo uwierzyło, że nowo dostępny gaz, od dawna zamknięty w głębokich pokładach skał łupkowych będzie dominującym paliwem w XXI w. Reklamy koncentrują się na tym, że gaz ziemny jest czystszy, jego spalanie produkuje mniej gazów cieplarnianych, rzekomo będzie też powszechnie dostępny po rozsądnej cenie. Dlatego będziemy używać go na większą skalę do produkcji elektryczności, do napędzania samochodów, wytwarzania petrochemikaliów i generalnie zastąpimy nim ropę, główne paliwo dla gospodarki.

W Polsce, muszącej mierzyć się jednocześnie z olbrzymimi kosztami importu ropy i gazu, uzależnieniem energetycznym od lubującej się w używaniu „gaz-rurki” putinowskiej Rosji i coraz wyraźniejszym końcem ery węgla, gaz łupkowy jest postrzegany jako wspaniałe remedium na te problemy. Trwają dyskusje, czy będzie to przede wszystkim gaz importowany z USA, czy też z naszego własnego wydobycia.

Pomysł importu skroplonego taniego gazu ziemnego zza oceanu na pierwszy rzut oka brzmi dobrze, na jego drodze stoi jednak sporo przeszkód. Cała operacja musi mieć przede wszystkim sens ekonomiczny. Chociaż cena gazu w USA to zaledwie ok. 4 dol./MBtu (co odpowiada 140 dol. za 1000 m sześc.), a w Europie 350 dol./1000 m sześc., to trzeba pamiętać, że koszt skroplenia (przez ochłodzenie gazu do temperatury minus 162°C), transportu i regazyfikacji to dodatkowe 5-6 dol./MBtu, co oznacza cenę na poziomie 350 dol. za 1000 m sześc.

Nie tu leży jednak sedno problemu. Propagatorzy importu gazu z USA nie zauważają, że Stany Zjednoczone są wciąż importerem gazu i choć wydobycie rośnie, to rośnie też zużycie.

Przy obecnych cenach na poziomie 4 dol./MBtu eksploatacja gazu poza najlepszymi punktami jest nieopłacalna. Jeśli niskie ceny utrzymają się, inwestycje w nowe odwierty gazu łupkowego będą wstrzymywane.

Trzeba też pamiętać, że podczas gdy początkowe wypływy gazu z odwiertów po skruszeniu skały są bardzo wysokie, to zwykle już w ciągu pierwszego roku maleją o 65 do 80 proc., a po trzech latach z odwiertu wydobywa się już tylko kilka kilkanaście procent tego, co na początku. Oznacza to, że aby osiągnąć wzrost tempa produkcji, nowe odwierty uzupełniające muszą powstawać dostatecznie szybko. Jest to teoretycznie możliwe, jednak wybudowanie potrzebnych do tego

400 tys. odwiertów wymagałoby istotnego wzrostu cen, do poziomu 8-10 dol./MBtu (280-350 dol./1000 m sześc.). Po doliczeniu kosztów skroplenia, transportu i regazyfikacji cena końcowa na rynku europejskim wyniosłaby ok. 15 dol./MBtu (ponad 520 dol./1000 m sześc.), co znacząco przekracza ceny importu z Rosji.

Nawet więc jeśli Stany Zjednoczone będą miały nadwyżki gazu, to w wysokiej cenie, a ewentualny eksport zostanie skierowany raczej nie do Europy, lecz do Azji, gdzie Japonia po wyłączeniu reaktorów zaczyna importować coraz więcej paliw kopalnych lub Chin, które dusząc się w węglowym smogu zaczynają importować coraz większe ilości gazu.

Polskie eldorado

W kontekście wyczerpywania się naszych pokładów węgla odkrycie i eksploatacja zasobów gazu łupkowego może nam pomoc w sytuacji, gdy świat coraz wyraźniej staje w obliczu niedoborów energetycznych. Może to również wzmocnić naszą gospodarkę, zredukować zależność energetyczną od Rosji i poprawić bilans płatniczy.

Nie wiemy jednak, jak wiele gazu łupkowego znajdziemy. Może się okazać, że polskie złoża nie nadają się do eksploatacji. Wiele wskazuje na to, że w porównaniu z warunkami w amerykańskich złożach, nasze charakteryzują się znacznie niższymi parametrami, a pierwsze optymistyczne szacunki były zawyżone.

Według przedstawicieli przemysłu gazowego, polityków i mediów gaz łupkowy będzie w stanie zaspokoić potrzeby energetyczne przez dziesiątki lat. Ale czy tak optymistyczne wyobrażenie odzwierciedla rzeczywistość? Przemysł wydobycia gazu łupkowego ma niewątpliwą motywację, by przedstawiać różowe perspektywy, licząc na wzrost cen swoich udziałów i przyciągnięcie kapitału – sprzyja temu rozpoczęcie wydobycia od najlepszych miejsc i ekstrapolacja rezultatów na inne potencjalne regiony. Z kolei establishment polityczny, wraz z podlegającymi mu agencjami, nerwowo rozglądając się za źródłami energii będącymi w stanie zasilić przyszły wzrost gospodarczy i zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, bezkrytycznie przyjmują optymistyczną wersję.

Gaz nam się ulatnia

Przedsmak łupkowego rozczarowania dają dotychczasowe polskie doświadczenia z gazem łupkowym. W 2011 r. amerykańska agencja EIA oznajmiła, że w polskich łupkach może być nawet 22 tys. mld m sześc. gazu, z czego zasoby dające się wydobyć w opłacalny sposób przy zastosowaniu znanych dziś technologii wynoszą 5300 mld m sześc. Po tym oświadczeniu nasi politycy zachłysnęli się wizją gazowego eldorado i niezwłocznie zabrali się do dzielenia skóry na niedźwiedziu, planując, na co wydadzą zarobione na wydobyciu gazu pieniądze.

Tymczasem stopniowo zaczęły pojawiać się raporty pokazujące, że ten wielki łupkowy niedźwiedź w istocie może okazać się jedynie małym pluszowym misiem. Najpierw na wiosnę 2012 r. polski Państwowy Instytut Geologiczny oszacował zasoby gazu łupkowego w Polsce na 350-770 mld m sześc.; następnie pod koniec czerwca ExxonMobil zrezygnował z dalszego poszukiwania gazu w naszych łupkach, gdyż pierwsze odwierty nie wykazały obecności nadającego się do komercyjnej eksploatacji gazu; w lipcu 2012 r. amerykańska rządowa służba geologiczna USGS przedstawiła szacunki zasobów gazu i ropy naftowej w polskich łupkach na poziomie zaledwie 38 mld m sześc. Odpowiada to polskiemu zużyciu gazu w ciągu 2,5 roku. Z poszukiwań wycofały się następnie koncerny Talisman i Marathon Oil. W styczniu 2014 r. w ich ślady poszedł włoski koncern Eni, w kwietniu 2014 r. francuski Total, a w lipcu 2014 r. w obliczu oporu społecznego ostatni pozostający na polu gry amerykański koncern Chevron opuścił tereny wsi Żurawlów i pobliskiego Miączyna. Planuje jeszcze co prawda odwiert w gminie Susiec na Roztoczu, obok jednego z 27 planowanych w tej okolicy odwiertów PGNiG, ale ponieważ wszystkie te odwierty znajdują się w strefie Natura 2000 Roztocze, należącej do dużego obszaru, który ubiega się o nadanie statusu Transgranicznego Rezerwatu Biosfery UNESCO, należy się spodziewać protestów nie tylko ze strony krajowych i międzynarodowych organizacji ekologicznych, ale też żyjących z turystyki mieszkańców.

Powtórzenie amerykańskiego boomu łupkowego w Europie będzie niemożliwe także z innych względów. Nakręcamy się amerykańskimi sukcesami wydobycia, nie myśląc nawet o tym, że przy typowej dla tych stanów średniej gęstości zaludnienia na poziomie 3 osób/km kw. możliwe jest robienie dziesiątek tysięcy odwiertów. Przeniesienie tego schematu na kilkudziesięciokrotnie gęściej zaludnione tereny Europy byłoby bardzo inwazyjne.

Ale załóżmy, że dzielenie skóry na niedźwiedziu zakończy się sukcesem i rzeczywiście mamy nadające się do eksploatacji pokłady gazu w maksymalnej rozważanej ilości 5 bln m sześc. – co oznaczałoby, że mamy rezerwy gazu większe niż konwencjonalne rezerwy gazowe Norwegii lub wszystkich krajów Unii Europejskiej razem wziętych. Czy rozwiązuje to nasze polskie problemy energetyczne i na jak długo?

Dzisiaj gaz zaspokaja niecałe 13 proc. naszego zużycia energii. Tak więc gaz na 100 lat przy obecnym poziomie zużycia to tylko energia na 13 lat naszych obecnych potrzeb energetycznych, o ich wzroście czy eksporcie nawet nie wspominając. Ile jeszcze ostrzeżeń potrzebujemy, żeby się obudzić z kopalnego snu?

Albo tanio, albo bezpiecznie

Środowiskowe ryzyka szczelinowania hydraulicznego to kolejny aspekt „skrobania dna beczki”, ukazujący, po jak kontrowersyjne zasoby sięgamy. Z jeziorkiem wpompowanej do odwiertu i pełnej chemikaliów wody trzeba coś zrobić. W sumie na publicznie dostępnej, liczącej setki pozycji liście używanych przy szczelinowaniu chemikaliów znajdują się związki rakotwórcze, neurotoksyczne i mutagenne, a wiele związków stosowanych przy wydobyciu w ogóle nie zostało zbadanych pod kątem szkodliwości.

George W. Bush w 2005 r. wyłączył wydobycie gazu z ustawy o ochronie złóż wodonośnych, przez co wydobycie gazu jest praktycznie nieuregulowane na poziomie federalnym (regulacje stanowe są nierówne i często bardzo słabe), a skład chemiczny stosowanej przez koncerny wydobywcze mieszanki stanowi ich tajemnicę handlową. Przy wypompowywaniu gazu na powierzchnię wraca

30-70 proc. wpompowanego do odwiertu toksycznego płynu wymieszanego z solami mineralnymi i wieloma innymi toksycznymi substancjami wypłukanymi ze skał, także radioaktywnymi, tworząc miliony litrów silnie korodujących ścieków poprodukcyjnych. Wymagają one kosztownej utylizacji bądź wpompowania z powrotem pod ziemię. Dla obniżenia kosztów eksploatacji firmy wydobywcze idą jednak zwykle „na skróty”, odzyskując jedynie ok. 3 proc. wlewanej do odwiertów wody. Cała reszta jest albo rozpylana w powietrzu, aby odparowała, albo rozwożona po okolicy, albo przewożona do miejskich oczyszczalni ścieków.

Podobnie wydobywany na powierzchnię metan jest zanieczyszczony parą wodną i lotnymi związkami organicznymi, takimi jak benzen, toluen czy ksylen. Oczywiście najtaniej jest to wszystko po prostu wypuścić do atmosfery. Technicznie rzecz biorąc gaz łupkowy da się eksploatować minimalizując szkody dla środowiska. Wymaga to jednak starannego przestrzegania procedur i najlepszych praktyk – a to kosztuje.

Możemy mieć gaz tani albo gaz niezbyt (a w każdym razie nie katastrofalnie) uciążliwy środowiskowo. Kluczem do tego są dobre przepisy, wysokie kary i ich zdecydowane egzekwowanie. W naszym kraju będzie to wymagało prawdziwej rewolucji w funkcjonowaniu administracji i urzędów kontrolnych.

Nie tędy droga

Przeznaczając nasze środki na eksploatację gazu łupkowego, hamujemy rozwój czystych źródeł energii i efektywności energetycznej. Tym samym brniemy w ślepą uliczkę. Im bardziej napompujemy nasze zapotrzebowanie na energię, tym trudniej w świecie wyczerpujących się paliw kopalnych będzie je zaspokoić bez drastycznego skurczenia się gospodarki.

Jeśli chcemy ograniczyć wzrost temperatury do progu 2°C, za którym czeka nas bardzo poważna zmiana klimatu, powinniśmy zostawić pod ziemią 80 proc. znanych rezerw paliw kopalnych. Masowa eksploatacja złóż gazu łupkowego to recepta na katastrofę. Z punktu widzenia zmiany klimatu liczy się przede wszystkim to, jak wiele paliw kopalnych w sumie spalimy, a nie jak szybko. Każda dodatkowa ich pula, na której kładziemy nasze ręce (jak na przykład wcześniej nie uznawane za rezerwy złoża łupkowe), zwiększy sumaryczną ilość emisji.

Według słów głównego ekonomisty MAE, Fatiha Birola, „Widzimy, że w niektórych krajach gaz łupkowy zastępuje już węgiel. Ale to tylko opóźnia wzrost emisji CO2, a nie prowadzi do ograniczenia”. Szeroko reklamowane ograniczenie emisji dwutlenku węgla przy produkcji energii z gazu jest podawane w wątpliwość również ze względu na towarzyszące eksploatacji złóż wysokie emisje metanu – silnego gazu cieplarnianego.

Owszem, są wymierne korzyści z wydobycia gazu łupkowego. Odnoszą je instytucje finansowe kredytujące wydobycie (prawie zawsze), koncerny wydobywcze (z tym bywa różnie), państwa (wpływy podatkowe, poprawa bilansu handlowego i bezpieczeństwa energetycznego), władze lokalne z podatków i miejsc pracy (z tym też bywa różnie, bo np. w niektórych regionach USA koszty napraw rozjeżdżanych przez dziesiątki tysięcy ciężkich pojazdów dróg przewyższają wpływy z eksploatacji) oraz energochłonne dziedziny przemysłu cieszące się ze spadku cen gazu.

Koszty ponoszą przede wszystkim społeczności lokalne. W USA są one częściowo łagodzone przez zasadę, zgodnie z którą właściciel gruntu jest też właścicielem praw do leżących pod nim złóż, dzięki czemu amerykański farmer za dzierżawę terenu może dostać od koncernu wydobywczego dziesiątki, a nawet setki tysięcy dolarów. To osładza problemy. W Polsce i Europie właściciel gruntu nie ma korzyści (poza drobnymi za wynajem gruntu), ma tylko uciążliwe sąsiedztwo, a w rezultacie spadek wartości swojej nieruchomości.

Zamiast wyciskać z ziemi niekonwencjonalne paliwa kopalne, zanieczyszczając wodę, powietrze, gleby i kosztem społeczności lokalnych, powinniśmy skupić się na budowaniu opartego o efektywne wykorzystanie zasobów i zrównoważone źródła energii świata, Europy i Polski.

 

Źródło: Marcin Popkiewicz, Private Banking

Sieci społecznościowe

Tagi