Klasa sama w sobie

F. Scott Fitzgerald napisał słynne zdanie: „Oni różnią się od ciebie i mnie”. Ich bogactwo sprawia, że „stają się cyniczni, gdy my jesteśmy ufni” i powoduje, że „myślą, że są lepsi od nas”. Te słowa brzmią prawdziwie także dziś: zostały bowiem napisane w 1926 r., kiedy nierówność w Stanach Zjednoczonych osiągnęła szczyt porównywalny do tego, co mamy obecnie.

Od II wojny światowej do lat 80. nierówność w krajach rozwiniętych była umiarkowana. Przepaść między superbogatymi i resztą społeczeństwa nie była taka, by ci pierwsi, choć mieli więcej pieniędzy, nie wydawali się być częścią tego samego społeczeństwa, co biedni.
Jak wykazał w swej książce Mark Mizruchi z Uniwersytetu Michigan, amerykańską elitę korporacyjną z okresu powojennego cechowała „etyka odpowiedzialności obywatelskiej". Bogaci współpracowali ze związkami zawodowymi i sprzyjali silnej roli regulacyjnej rządu. Rozumieli potrzebę płacenia podatków na ważne cele publiczne, takie jak budowa autostrad międzystanowych, czy na opiekę nad ubogimi i ludźmi starszymi.
Elity biznesu wykorzystały swoje wpływy, by popierać program, który był zgodny z interesem narodowym.
Natomiast dzisiejsi superbogacze to, jak napisał James Surowiecki, „uskarżający się magnaci".
Surowiecki uważa, że zmiana ich postawy wynika z globalizacji. Duże korporacje i banki amerykańskie działają poza granicami USA i nie są zależne od rodzimego konsumenta. Nie interesują się zdrowiem i losami amerykańskiej klasy średniej lub klasy robotniczej.
Lecz jeśli korporacyjni potentaci myślą, że nie muszą polegać na swoich rządach, robią wielki błąd. Stabilność i otwartość rynków, które produkują bogactwa, nigdy nie zależały tak bardzo od działań państwa, jak obecnie.
W okresach względnego spokoju, rola rządów jest mniejsza i może się wydawać, że rynki działają same, w ramach regulacji określonych przez państwo.
Ale kiedy nad gospodarką zbierają się chmury, każdy szuka schronienia pod osłoną rządu. Okazuje się wówczas, że wielkie korporacje są związane z ojczystymi krajami. Jak to ujął były gubernator Banku Anglii, Mervyn King, „globalne banki są globalne w życiu, ale narodowe w chwili śmierci".
Przypomnijmy stabilizacyjne działania rządu USA w okresie ogólnoświatowego kryzysu finansowego w latach 2008-2009. Gdyby rząd nie uratował wielkich banków, ubezpieczeniowego giganta AIG i firm motoryzacyjnych, gdyby Rezerwa Federalna nie zalała gospodarki płynnością, fortuny superbogaczy doznałyby poważnego uszczerbku. Rząd postanowił wspierać banki, z czego najbardziej skorzystały elita finansowa.
Nawet w normalnych czasach bogacze są wspierani przez rząd, który np. finansuje badania podstawowe.
Rząd uchwala i egzekwuje prawa autorskie, chroni patenty, znaki towarowe, gwarantujące innowatorom stały strumień monopolistycznych zysków. Rząd dotuje instytucje szkolnictwa wyższego, negocjuje umowy handlowe z innymi krajami.
Jeśli bogacze uważają, że nie potrzebują rządu, to dlatego, że obowiązująca w naszych czasach fabuła przedstawia rynki jako podmioty samodzielne, mające własne zasilanie.
Zapomina się o tym, że rynek może produkować dobrobyt, o ile jest wspierany przez zdrowe społeczeństwa i dobre rządy.

 

Na podst. A Class of ItsOwn, Dani Rodrik, Project Syndicate

 

Sieci społecznościowe

Tagi