Mówisz, że pragniesz rewolucji...

Amerykańscy studenci się burzą i tym razem dysponują gadżetami, które pomagają im szerzyć ich przesłanie. Jeśli jesteś kapitalistą, masz się czym martwić. Dzieci Facebooka i „Idola” wszczynają bunt – co dla wielu z was zapowiada kłopoty.

Protesty przyjęły formę sprzeciwu wobec zapraszania znanych osobistości na ceremonię wręczania dyplomów. Wśród niemile widzianych są, między innymi, szefowa MFW Christine Lagarde, była sekretarz stanu Condolezza Rice czy Ayaan Hirsi Ali, działaczka na rzecz praw człowieka.

Jednak to nie koniec świata. Nie ma powodu pozbywać się aktywów denominowanych w dolarach, przechodzić na Bitcoin czy szukać schronienia w górskich chatkach. Nasi studenci nie są, tak naprawdę, rewolucjonistami.

Trudno im dogodzić. Zorganizowani w sieciach społecznościowych, pewni siebie, łatwo mogą obrócić się przeciwko czemukolwiek i komukolwiek. To jako konsumenci stanowią wielkie wyzwanie dla przedsiębiorców z różnych branż.

Problemy na uniwersytetach sięgnęły zenitu, kiedy Christine Lagarde zrezygnowała z wystąpienia na rozdaniu dyplomów na prestiżowej uczelni dla kobiet Smith College. Trochę wcześniej podobną decyzję podjęła Condolezza Rice, w odpowiedzi na protesty na Uniwersytecie Rutgersa.

Wiem, niejeden lewicowiec, czytając te wiadomości, zaczyna myśleć o odradzaniu się w Ameryce studenckiego aktywizmu. Podobnie było, kiedy ruch Occupy sprawiał, że w wielu większych miastach ciężko było znaleźć miejsce na ławce w parku.

Radykalizm studentów by mnie nie zdziwił. Otrzymują dyplomy w czasach trudności ekonomicznych. Kiedy zaczynała się recesja, byli w szkole średniej. Wchodzą w dorosłość przygnieceni długiem studenckim, którego łączna kwota w USA sięga już biliona dolarów.

Nie widzę w tym jednak umacniania się lewicy. Te protesty przeciw wygłaszaniu przemówień nie są tym samym, co siedzenie przy kontuarze w kafeterii, by skończyć z segregacją rasową czy palenie kart powołania do wojska podczas wojny w Wietnamie. Nie mają znamion ruchu społecznego, który coś popycha do przodu. To raczej gest na pożegnanie z murami uczelni.

Przypomina to bardziej rytuały typowe dla serwisów społecznościowych czy współczesnych telewizji komercyjnych. Studenci mówią światu, jakiego rodzaju kulturę chcieliby konsumować, w podobny sposób, w jaki użytkownicy Facebooka dają „polubienia” różnym stronom www, a widzowie „Idola” głosują na wybranych wykonawców, zaś innych wysyłają do domu.

Weźmy petycję internetową, podpisaną przez kilkaset członkiń „wspólnoty Smith College”, w proteście przeciw wyborowi Lagarde, jako przemawiającej na rozdaniu dyplomów. Gniew wyrażony przez studentki jest niewątpliwy, a ich krytyka jasna i prosta: „MFW jest głównym winowajcą tego, że w niektórych najbiedniejszych krajach świata wdrożono wadliwą politykę rozwojową. (…) Doprowadziło to bezpośrednio do umocnienia się systemów imperialistycznych i patriarchalnych, które ciemiężą i wykorzystują kobiety na całym świecie”.

Jednak te studentki walczące przeciw imperializmowi i patriarchatowi niespecjalnie różnią się od widzów, wyrażających solidarność z tym czy tamtym.

W petycji czytamy: „Wybór pani Lagarde jako mówczyni jest równoznaczny z popieraniem działań Międzynarodowego Funduszu Walutowego, co kłóci się z wartościami Smith College, głoszącymi wspieranie równości wszystkich kobiet, niezależnie od rasy, etnicznego pochodzenia czy klasy społecznej”.

Co oznacza „wspieranie równości wszystkich kobiet”? Nie będąc nigdy studentem Smith College, nie mogę być pewien. Wiem jednak, że lepiej być ostrożnym, gdy mówi się do nowej generacji Amerykanów. To trudny tłum. 

 

Na podst. You say you want a revolution. . . , Gary Silverman, The Financial Times 

Sieci społecznościowe

Tagi