Niezależnie od tego, jak dobrze lub źle wygląda sytuacja, ona i tak się zmieni

Moja przyjaciółka Mena zawsze powtarza: „Życie jest brutalne, lepiej załóż kask”. I wie, co mówi.

Są takie dni, kiedy kask byłby nie od rzeczy na tych wszystkich zakrętach i zwrotach, przy przepychankach i nieoczekiwanych manewrach. A to tylko jazda w korkach do pracy. Sekret polega na tym, żeby do niczego w życiu zbytnio się nie przywiązywać, ani do tego, co dobre, ani do tego, co złe. Dobra passa przychodzi i odchodzi. Zła passa przychodzi i odchodzi. Nie powinniśmy trzymać się kurczowo tej pierwszej, ani walczyć do upadłego z tą drugą, tylko z każdej sytuacji wyciągać wnioski dla siebie.

Jest takie stare powiedzenie, które pomaga ludziom przetrwać trudne chwile: „I to przeminie”. Większość z nas nie chce tak myśleć o dobrych momentach. Nie chcemy, żeby minęły. Chcemy, żeby trwały wiecznie. Ale wcześniej czy później, wszystko się zmienia.

Sekret polega na tym, żeby dać się życiu ponieść jak rzece: przez bystry nurt, spokojne wody i jeszcze dalej. Dryfować niczym liść, niczego się nie trzymając, ufając prądom.

Kiedy pierwszy raz wybrałam się na rafting, przewodnik wygłosił długi wykład

o niebezpieczeństwach, jakie niesie rzeka. Jeśli wypadniesz z pontonu, nie próbuj wstać ani złapać się skały, nie walcz z rzeką. Rzeka zawsze zwycięży. Jeśli wypadniesz, odpręż się, ułóż zgodnie z prądem nogami do przodu, przyciśnij brodę do klatki piersiowej i pozwól, by rzeka cię niosła. Zawsze wyniesie cię na spokojniejsze wody. Potem instruktor wręczył każdemu wiosło i kazał słuchać jego wskazówek, kiedy wpłyniemy w obszar wartkich prądów. Na koniec przypomniał nam, że ludzie naprawdę umierają w wodzie, więc musimy być ostrożni, i życzył wszystkim miłej zabawy. Aha, i nie miał dla nas kasków.

Na bezpiecznym skrawku trawy, gdzie leżały pontony i kamizelki ratunkowe, wszystko to brzmiało uspokajająco i zrozumiale, dopóki nie wspomniał o śmierci. Sądziliśmy, że żartuje, póki nie usłyszeliśmy szumu wzburzonej rzeki, ale wtedy nie było już odwrotu.

Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać na tym pierwszym spływie. Siedziałam

na skraju czarnego pontonu, który przypominał gigantyczną, sflaczałą dętkę. Nie miałam się czego złapać. Wiosłując miarowo, nasza czwórka dopłynęła do kaskad, a kiedy się tam znaleźliśmy, miałam wrażenie, jakby ktoś włączył pralkę.

Rzeka wyrzucała nas w górę i w dół, w prawo i w lewo; wciągała ponton pod wodę i ciskała nim wysoko do góry. Usiłowałam wiosłować, ale wszystko wirowało mi przed oczami i nie byłam pewna, czy moje wiosło znajduje się w wodzie czy w powietrzu. To była szalona, ekscytująca przygoda… dopóki nie wypadłam. W pierwszym momencie usiłowałam się podnieść i przytrzymać kamienia. Łup! Bach! Au!

No tak, przewodnik radził się odprężyć. Spróbowałam ustawić odpowiednio nogi i schować głowę, lecz bez większego powodzenia, bo w zimnej, spienionej rzece nie widziałam ani nawet nie czułam swoich stóp. Szkła kontaktowe zwinęły mi się pod powiekami, więc nie miałam pojęcia, co się dzieje wokół mnie. Za duża kamizelka ratunkowa podjeżdżała pod uszy i co chwilę musiałam ją sobie ściągać na ramiona. Wiosło porwał prąd. Trudno było wyczuć moment, kiedy na wzięcie oddechu. Wszędzie wokół widziałam tylko wodę. Nie mogłam zaczerpnąć powietrza bez połykania wody, więc powiedziałam w duchu: „Boże, jeśli chcesz, żebym przeżyła, lepiej szybko coś wymyśl. Powierzam się Tobie”. W tym samym momencie poczułam, jak ktoś wyciąga mnie na wierzch. Ludzie z drugiego pontonu chwycili mnie za kamizelkę ratunkową i uratowali mi życie. Kiedy wypłynęliśmy na spokojniejsze wody, byłam już gotowa na więcej wrażeń.

Na ostatni spływ wybrałam się z grupą ludzi zbyt odważnych lub skąpych, żeby zorganizować przewodnika. Wynajęliśmy po prostu ponton i wypłynęliśmy na rzekę. To był poważny błąd.

Pędziliśmy z nurtem na złamanie karku, celując w kamienie i kaskady, jakbyśmy rzucali im wyzwanie. Wypożyczyliśmy kamizelki ratunkowe i wyruszyliśmy na samotny podbój rzeki. Zabraliśmy z sobą jedzenie i, dla bezpieczeństwa, liny. Ale nie było z nami nikogo, kto mógłby objaśnić, jak pokonać każdą z kaskad, albo ostrzec, których głazów unikać. W efekcie najpierw przedarliśmy się przebojowo przez serię prądów, a potem wpadliśmy z impetem na skałę. Wielkości chevroleta.

Utknęliśmy na tej skale, nie mogąc się ruszyć choćby o milimetr, a wokół huczała spieniona woda. Kiedy przenieśliśmy cały ciężar na jedną stronę, żeby ześlizgnąć się do rzeki, ponton wywrócił się do góry dnem. Silna fala wbiła mnie w skałę, przygniatając mi klatkę piersiową tak mocno, że z trudem łapałam oddech. Pozostałym udało się w jakiś sposób wciągnąć mnie na górę. Tymczasem ponton dawno zniknął na horyzoncie.

Co teraz?

Dwóch przewodników innej grupy podpłynęło do nas kajakami. Kazali nam wskoczyć z powrotem do wody i pozwolić rzece nieść się z prądem. Myślałam, że żartują. Ale nie mieliśmy wyboru. W ich kajakach i na pozostałych pontonach nie było miejsca dla dodatkowych pasażerów. Moi przyjaciele, jeden po drugim, żegnali się z resztą, wyskakiwali i odpływali. W końcu zostałam sama. Przewodnik w kajaku przekonywał mnie, żebym wskoczyła do wody. Nie chciałam zejść z bezpiecznej skały, ale nie chciałam też dać się zatrzymać rzece – ani wtedy, ani kiedykolwiek.

W końcu przewodnik obiecał, że popłynie kajakiem za mną, więc pomodliłam się, a potem ześlizgnęłam ze skały i dałam się ponieść na spokojniejsze wody. Nigdy nie zapomniałam tego dnia. Nauczyłam się wtedy, że czasem trzeba poświęcić bezpieczeństwo, które daje ci skała, by zyskać coś lepszego.

Czytałam kiedyś wywiad z pastorem Rickiem Warrenem, autorem książki „Życie świadome celu”). To, co powiedział, przypomniało mi o przygodzie na rzece: Życie to pasmo problemów: albo akurat przeżywasz kłopoty, albo z nich wychodzisz, albo przygotowujesz się na kolejne. Dzieje się tak dlatego, że Boga bardziej interesuje twój charakter niż twoja wygoda. Bóg woli prowadzić cię do świętości niż do szczęścia.

Pastor opowiedział też o nauczce, jaką dostał w najpiękniejszym i najtrudniejszym roku swojego życia. Był to rok, w którym zarobił miliony dzięki swojej książce i zarazem rok, w którym jego żona zachorowała na raka.

Kiedyś myślałem, że życie składa się pagórków i dolin – na zmianę przedzierasz się przez mrok i trafiasz na szczyt. Ale już w to nie wierzę. Teraz życie nie przypomina mi serii dolin i wzgórz, a raczej dwie szyny toru kolejowego, bo w każdym momencie spotyka nas coś dobrego i coś złego.

Niezależnie od tego, jak wspaniale układa się twoje życie, zawsze jest w nim coś złego, co wymaga pracy. I niezależnie od tego, jak fatalnie wygląda sytuacja, zawsze jest w twoim życiu coś, za co możesz podziękować Bogu.

Kobieta ścigająca się w wyścigach NASCAR powiedziała kiedyś: „Życie jest jak tor wyścigowy. To zakręty nadają mu znaczenie”. Łatwo jej mówić. Ona chodzi do pracy w kasku. Niezależnie od tego, które wyjaśnienie przyjmiemy, życie to szalona, cudowna podróż. Panuje w nim chaos, później przychodzi spokój, a potem wszystko zaczyna się od nowa. Sekret polega na tym, żeby cieszyć się tą przejażdżką.

Każdą jej chwilą.

 

 

Źródło: Brett Regina, God Never Blinks. 50 Lessons for Life’s Little Detours,Wydawnictwo Insignis

Sieci społecznościowe

Tagi