Ponad jedna trzecia dzieci w Polsce przychodzi na świat przez cesarskie cięcie. Co to oznacza dla dziecka?

Wychodzisz z brzucha mamy na świat i co zastajesz? Jarzeniowe lampy i zimno, bo najwyżej 23 st. C. A przed chwilą dryfowałeś w 36-stopniowym piekarniczku, dokąd odgłosy otoczenia dochodziły leniwie zza wód płodowych. Światło tylko delikatnie tam przebijało. Teraz mrużysz oczy. Słyszysz hałas szpitala, czujesz pośpiech postaci w białych kitlach. Nie masz czasu się z tym oswoić, bo odcinają ci pępowinę z łożyskiem, w którym pozostaje dwie trzecie twojej krwi. Krztusisz się, bo przecież dotąd przez pępowinę oddychałeś. Musisz użyć płuc natychmiast, nie możesz przestawiać się na nie powoli, więc ten pierwszy oddech piecze i boli. Płaczesz! Zimne ręce zabierają cię od mamy. Rozciągają ci nóżki, mierzą, jakby twoje przeżycie zależało od tego, czy właśnie teraz to zrobią. A na koniec dostajesz szczepionkę z trzech zjadliwych wirusów, z którymi musisz zacząć natychmiast walczyć. Witaj. Wylądowałeś na planecie Ziemia.

A mogłoby być zupełnie inaczej…

Mogłoby. Jednak w takich okolicznościach przychodziła na świat większość obecnych 50-, 40- czy nawet dwudziestokilkulatków. To dlatego dla wielu z nas życie okazuje się zagrożeniem, walką. Nastawiamy się czasem do świata, jakby działał przeciw nam, chciał nas skrzywdzić. Brak nam w życiu ciepła, bezpieczeństwa, powolności, smaku. A byłoby go więcej, gdyby pozwolono nam urodzić się spokojnie i dano czas, by oswoić się z rzeczywistością poza brzuchem mamy.

Lawinowo rośnie liczba cesarskich cięć. Ponad jedna trzecia Polaków przychodzi w ten sposób na świat…

Poważny zabieg. Blizny i cięcia. Myślenie, że to prosta, szybka i cywilizowana alternatywa dla normalnego porodu, jest pułapką. Dziecko nie staje przed wyzwaniem współpracy z mamą i nie przechodzi przez kanał porodowy. Nie zdąża tego zrobić. Dryfuje spokojnie w wodach płodowych i nagle gwałtownie jest z nich wyciągnięte, nie wiedząc, dlaczego tak się dzieje. Tymczasem poród naturalny poprzedzony jest długotrwałymi, subtelnymi przygotowaniami. Do dziś toczy się debata, czy to organizm mamy zaczyna poród, czy dziecka…

Nie wiadomo?

Medycyna nie wie. Psychologowie podejrzewają, że pierwszy impuls pochodzi z ustroju matki i jest przekazywany dziecku poprzez hormony. Ono też odpowiada mamie hormonalnie. Spokojnie krok po kroku zaczyna się akcja porodowa. Cesarskie cięcie zaburza naturalny rytm, zabiera dziecku istotne doświadczenie i odbija się na jego rozwoju. Może mieć trudność z rozpoczynaniem różnych rzeczy. Kłopot, by odebrać sygnał, że coś trzeba zrobić i na niego zareagować. Takie dziecko będzie czekać do ostatniej chwili z odrobieniem lekcji, spodziewając się, że ktoś zrobi to za nie. W dorosłym życiu to samo może być np. z projektami w pracy. Będzie myśleć: "Ktoś silny niech zacznie, przecież nie ja". Może panikować z powodu nawet niewielkich przeszkód i źle znosić skomplikowane sytuacje. Może łatwo dekoncentrować się i odchodzić od zaplanowanych zadań w dygresje. Warto więc zastanowić się, zanim zapiszemy się na planowaną cesarkę. Chyba że jest konieczna.

Czy matrycę porodową takiego dziecka można modyfikować?

Ustępować mu, jeśli to możliwe, i uznawać to, że miało rację. Po to, by wzmocnić w nim poczucie, że ma prawo do prawomocnych decyzji. Nie wchodzić z nim w rywalizację. Akcentować jego siłę w relacji. Pozwalać mu działać na skróty i znajdywać własne, choć czasem dziwaczne rozwiązania. Być elastycznym i po rozproszeniu uwagi pomagać mu wrócić na starą ścieżkę myślenia.

Czasem cesarskie jest konieczne, a dzidziuś musi trafić do inkubatora…

Kontakt z mamą jest przerwany, co niesie w przyszłości dodatkowe trudności. Nasila lęki separacyjne dziecka. Boi się ono rozstań i opuszczenia, broni się przed nimi wszelkimi sposobami. Będąc kilkulatkiem, trzyma się kurczowo twojej nogawki, a gdy dorasta, panicznie boi się opuszczenia przez partnera. Od najmłodszych lat trzeba bardzo delikatnie z nim postępować. Przygotowywać je do przerw w kontakcie i zapewniać je, że się wróci, że się kocha. Dlatego im spokojniejszy poród i w im większym kontakcie z mamą, tym lepiej.

Rodzącej często trudno zachować spokój…

Dużo pracy wkładałam w emocjonalne przygotowanie matek do porodu. Dotyczy to m.​in. odreagowania okoliczności ich własnego przyjścia na świat. To ważne. Bo kiedy rodzimy dziecko, uruchamiają się automatycznie wspomnienia naszych własnych doświadczeń okołoporodowych i związane z nimi uczucia. Jeżeli nie przetworzymy własnych traum, powrócą, gdy nasze dziecko wysunie na świat czubek główki. Maluch wyczuje nasze przykre emocje.

Pierwsze godziny po porodzie - co się będzie działo?

Nosząc dziecko pod sercem przez 9 miesięcy myślisz o tym, jak to będzie wreszcie je zobaczyć, przytulić, pocałować, ukołysać.

Wspomnienia uruchomią się automatycznie?

Tak, za sprawą kodowania i pamięci. Tzw. bodźce spustowe powodują uruchomienie zakodowanej matrycy. Widzisz poród, białe kitle, czujesz zapach szpitala, w mózgu uruchamia się dawno zarejestrowany i nieotwierany np. przez 30 lat plik. A w pliku? Czasem coś fajnego, czasem nie. Twój stan wpływa na atmosferę porodu, jego przebieg i na dziecko. Nawet wtedy, gdy nie rodzisz, a jesteś mężem, ciotką, położną. Dlatego warto uważnie dobierać osoby obecne przy narodzinach naszego malca. Pamiętam, że byłam przy porodzie rodzinnym, w takcie którego tatuś w odpowiedzi na długie, przeplatane przerwami parcie partnerki, wpadł w histerię wykrzykując: "Ona przeze mnie umiera!". Gdy pracowałam z nim potem, okazało się, że jego własny poród był powikłany, a życie jego matki – zagrożone.

Dlaczego zajęłaś się psychoterapią doświadczeń okołoporodowych?

Mam troje dzieci. Pierwsze wydałam na świat jako 17-latka w głębokiej komunie w 1984 roku. Brak wiedzy sprawił, że nie zadbałam o wiele rzeczy i rodziłam fatalnie. Dostałam oksytocynę na przyspieszenie porodu, bo lekarz chciał zejść z dyżuru. Córka przyszła na świat w pośpiechu, zimnie, ostrym świetle i hałasie. Wtedy nabrałam przekonania, że musi być inaczej. Zagłębiłam się w literaturze na temat porodów i zaczęłam współpracę z Fundacją "Rodzić po Ludzku". Wkrótce potem pracowałam z doświadczeniami okołoporodowymi pacjentów, pomagając im pozytywnie je przetworzyć, odreagować emocje z nimi związane.

Ja rodzić szczęśliwe dzieci?

Najlepiej w domu. Poród jest czymś naturalnym. Jeśli nie jest zagrożony, nie wymaga szpitala. W domu mama jest we własnym środowisku. A na porodówce nie dość, że przechodzi intensywny proces fizyczny i emocjonalny, to między obcymi ludźmi. Stres przechodzi z matki na dziecko. Poród to jedno z ważniejszych wydarzeń w życiu kobiety, doświadczenie na pograniczu życia i śmierci. Inicjacja na poziomie fizycznym, emocjonalnym i głęboko duchowym. W naszym świecie kobietom nie daje się na nią przestrzeni. Poród stał się fizjologiczno-medycznym wydarzeniem. Nie da się też ukryć, że w sensie biologicznym szpital nie jest najbezpieczniejszym miejscem. Pełno tu zarazków i wirusów. Tymczasem bakterie domowe są dziecku znane, bo przenikają jego mamę i łożysko przez dziewięć miesięcy.

Nie zawsze można przewidzieć, czy poród przebiegnie bez komplikacji.

 

Naturalny poród trwa nie krócej niż 12 godzin, więc jeśli w trakcie coś niedobrego się dzieje, zawsze jest czas, żeby pojechać do szpitala. Porody domowe wymagają planu B. Jest podstawione auto, wiadomo, do którego szpitala jechać. A położna, która rodzi z tobą, jest na tyle wykształcona, by powiedzieć, gdy sytuacja staje się trudna.

Gra warta świeczki?

Warta. Gdy mama urodzi w domu, może położyć się do własnego łóżka, umyć się we własnej łazience. Dzidziuś nie jest zabierany do innego pokoju, szarpany, mierzony, ważony… W domu można przyciemnić światło i zapewnić ciszę, zamiast krzyczeć: "O! Jest! Tak! Wyłazi! Przyj!". Można odtworzyć maluchowi środowisko, w jakim przebywało przez dziewięć miesięcy. Pozwolić mu wyjść spokojnie i np. do wody. Łagodnie się je potem dotyka, powoli kładzie na brzuchu mamy w naturalnej cieplutkiej mazi. W szpitalu od razu łapie się je za nóżki, obraca do góry nogami i wyciera z niej. A ona oprócz tego, że ułatwia przejście przez kanał rodny, jest ochronnym płaszczem dziecka.

Czym wyróżniają się dzieci urodzone w domu?

To przykład mojego trzeciego dziecka. Syn ma sześć lat i wewnętrzny spokój, jest pewny siebie, śmiały, chętny, by doświadczać. Wchodzi w relację z zaufaniem i nie przeżywa rozstań tak, jak np. moja starsza córka. Do dziś zmaga się z doświadczeniem z 1984 roku. Wtedy dziecko zabierano od matki na wiele godzin. Straszne dla obojga. Bo dzięki pierwszemu wzajemnemu spojrzeniu dopełnia się poród. Wytwarza się dodatkowy hormon w dziecku i mamie zapewniający im głęboką więź. Jej brak to czynnik ryzyka depresji poporodowej u mamy i silnego lęku przed opuszczeniem u dziecka.

Jak pracować z maluchami, których poród sztucznie przyspieszono?

Wyobraźmy sobie, że idzie powoli i gładko, dziecko i mama przygotowują się i nagle jakaś siła z zewnątrz – np. podana w zastrzyku oksytocyna – decyduje, że malec ma się urodzić szybciej i wymusza to na nim oraz matce. Jeśli ktoś próbuje coś potem od takiego dziecka wyegzekwować, opiera się. To siła matrycy porodowej. Można ją zaobserwować np. przy budzeniu do szkoły. Zewnętrzna siła próbuje wyjąć malca z ciepłego łóżeczka. Nie chce wstawać. Protestuje. Ma w sobie złość, że nie pozwala mu się robić rzeczy na własną rękę. I nieświadomie rozgrywa to uczucie w relacjach z innymi. Nie podejmuje inicjatywy, nie potrafi samo zacząć, bo mu tego nie dano, w związku z czym czeka, przeciąga. A jak próbujesz je do czegoś nakłonić, włącza opór.

Klincz…

Wewnętrzny paragraf 22. Na "oksytocynowe dziecko" nie można naciskać. Przy tym trzeba tak umiejętnie je wesprzeć, by nauczyć je rozpoczynania. Przekładając to na sytuację poranną, można kilka razy spokojnie uprzedzić, że "już za pół godzinki będziemy wstawać", "już za dziesięć minut". Trzeba delikatnie odtwarzać to "coś", co się niegdyś podczas porodu naturalnie nie wydarzyło. Wielokrotne wspieranie dziecka i dawanie mu poczucia, że decyduje, stopniowo modyfikuje jego neurologię. Takie maluchy mają niezwykłą satysfakcję, gdy coś wreszcie uda im się zacząć samodzielnie.

Przypomina mi się poród z filmu "I kto to mówi". Zaczął się zdecydowanie, więc bohaterka starała się go ze wszystkich sił powstrzymać w taksówce.

 

Tak się zdarza. Kobiety, jadąc do szpitala, zaciskają nogi, zatrzymują oddech. Czasem dlatego, że czekają na wolne łóżko w szpitalu. To tzw. poród wstrzymywany. Tak rodzone dzieci bywają szybciej niż inne gotowe na różne rzeczy i mogą czuć, że świat je powstrzymuje. Bywają wściekłe. W końcu, gdy już nie mają siły naciskać, odpuszczają. A gdy otoczenie sygnalizuje im, że mogą wreszcie zrobić, co chciały, czują się smutne i zdemotywowane. Z takimi maluchami od najmłodszych lat trzeba adekwatnie postępować. Być tolerancyjnym, uczyć łagodnie odraczania działań w czasie i pokazywać, że powrót do rozpoczętej niegdyś czynności nie musi być wcale bolesny. Rozbudowane i dokładne instrukcje tego, jak postępować z dziećmi z rozmaitych porodów, daje książka "Narodzić się…"Robyn Fernance.

Czy można zrobić coś od razu po porodzie, żeby potem nie przechodzić trudów wychowania?

Można. Tzw. pozytywne przeramowanie matrycy niemowlaka wymaga świadomości rodziców, obserwacji i intuicji. Pokazuję chętnym film z pewnego porodu domowego w Australii. Kobieta po czterdziestce rodzi tam bliźnięta, w tym jedno ułożone pośladkowo. Każdy lekarz biłby na alarm, ale ona decyduje się rodzić lotosowo, czyli wraz z łożyskiem. Także po terminie, wychodząc z założenia, że skoro dzieci wolą dogrzać się w piekarniczku, znaczy, że tego potrzebują. Synek rodzi się główką, potem dziewczynka – pośladkowo. Pływają w wodzie, gdy nagle dziewczynka zaczyna lekko pojękiwać, widać napięcie w jej ciele, próbuje się odwracać. Matka zauważa to i mówi: "O! zobaczcie, malutka przerabia swój pośladkowy poród”. Delikatnie bierze ją za rączkę, dając jej przestrzeń, by ułożyła się tak, jak chce. Wspiera ją delikatnie: "Tak dobrze, moja kochana, super to robisz, tak, tędy droga". Po pięciu minutach maleństwo kończy okręcanie się i… oddycha z ulgą. Matryca odwrócona.

A gdyby mała nie odwróciła się wtedy w wodzie?

Być może chciałaby robić różne rzeczy inaczej. Na odwrót. Inni wchodziliby drzwiami, a ona tyłem albo od zaplecza. Mogłaby być przekorna, zezłoszczona. Sporo pracy z takim dzieckiem.

Poród w domu w wielu kobietach budzi lęk.

Wtedy lepiej, by rodziły w szpitalu i były spokojne. Jeśli zdarzy się poród nietypowy, warto skupić się na tym, jaka płynie z tego doświadczenia lekcja i jak pracować z maleństwem, by ułatwić mu rozwój, zamiast pogrążać się w poczuciu winy. Jest tyle możliwości pracy z dzieckiem, a zdrowa równowaga kreatywności i intelektu matki pozwala subtelnie, ale skutecznie wpływać na jego charakter.

 

Źródło: Zwierciadło

Sieci społecznościowe

Tagi