Rynek często zabija tych, których kocha

Mit „kruchej piątki” został obalony. Zaledwie kilka miesięcy temu inwestorów straszono rzekomymi zagrożeniami dotyczącymi Indii, Indonezji, RPA, Brazylii i Turcji. Ale oto 2 z tych kruchych gospodarek, Indonezja i Indie, mogą pochwalić się największymi wzrostami na giełdzie spośród wszystkich państw rozwijających się.
Kraje „kruchej piątki" zyskały swoje miano wskutek dużych deficytów na ich rachunkach bieżących i mocnej ekspozycji na chwiejność zagranicznego kapitału. Skąd zatem te duże zwyżki?
Jest to efekt zmian politycznych. Nowi przywódcy obiecali naprawić poprzednio popełniane błędy. Zwycięstwo Joko „Jokowi" Widodo w Indonezji, podczas wyborów prezydenckich w lipcu zeszłego roku, spowodowało, że tamtejszy rynek akcji wzrósł w dolarach o 20%. W Indiach, giełda poszła do góry o 10% - wobec nadziei, że odbywające się właśnie wybory wygra Narendra Modi. Podobnie jak Widodo, postrzegany jest on jako pełen energii polityk, który może z dużo lepszym skutkiem zastąpić swoich zasiedziałych poprzedników. Analitycy dają obu nowym przywódcom olbrzymi kredyt zaufania. W Brazylii, urzędująca prezydent Dilma Rousseff ciągle, niestety, wydaje się być faworytką najbliższych wyborów, ale rynki skaczą do góry za każdym razem, gdy z nagłówków gazet wynika, iż jednak może przegrać.
W ciągu ostatniej dekady, w gospodarkach wschodzących dana ekipa rządziła średnio ponad 8 lat – poprzednio były to tylko 4 lata. Podobnie było w przypadku „kruchej piątki": tutaj prawie wszędzie dotychczasowi przywódcy sprawowali swe rządy nieprzerwanie przez ponad 8 lat. Brak zmian wpływa na samozadowolenie liderów. By przetrwać, przygotowują grunt dla wzrostu deficytu i innych błędnych posunięć finansowych. Skutki tego odczuliśmy w tych państwach w zeszłym roku. 
Dzisiaj, w krajach, w których realna staje się perspektywa zmiany przywódcy, rynki „zdrowieją". A jeśli takiej perspektywy nie ma, jak np. w RPA i w Turcji (w tym roku również tam odbędą się wybory, ale nie zanosi się na zmiany polityczne), rynki tkwią w stagnacji. Mamy więc „rajd, bo Jokowi" w Indonezji, „rajd, bo Modi" w Indiach i „rajd, bo wszyscy, tylko nie Dilma" w Brazylii.
Patrząc na ostatnie 20 lat i reakcje inwestorów na 140 elekcji w 30 największych demokracjach, bez trudu zauważymy, że rynki rosną w czasie kampanii wyborczych, kiedy do gry wchodzą rynkowo nastawieni reformatorzy. A nawet wzlatują niczym rakieta, kiedy taki reformator dojdzie do władzy w wyniku kryzysu politycznego lub gospodarczego i rzeczywiście wprowadza istotne zmiany. Mieliśmy 16 takich pokryzysowych rządów. Jednym z nich kierował Kim Dae-Jung w Korei Południowej, po wielkim kryzysie z lat 1997-1998. Kolejnym takim przywódcą był Luiz Inacion Lula da Silva, który doszedł do władzy w 2002 r., gdy nad Brazylią ciążyło widmo bankructwa. W takich wypadkach, lokalne giełdy w pierwszych 18 miesiącach nowych rządów rosną, średnio, o 40% wyżej, niż inne giełdy z rynków wschodzących.
Mimo tego, pupilki rynków nie mogą spać spokojnie. Inwestorzy rzeczywiście mają tendencję do pokładania nadziei w obiecujących reformy kandydatach, lecz bardzo łatwo je rozczarować. Taki entuzjazm widzieliśmy już w Japonii (Abe) i Meksyku (Pena Neto), który jednak bardzo osłabł, gdy tylko pojawiły się pytania o wpływ tamtejszych reform na gospodarkę. Nawet jeśli reformatorzy wygrają, muszą spełniać obietnice i rzeczywiście zmieniać swój kraj.

 


Na podst. Beware the Market's Tendency to Kill its Darlings, Ruchir Sharma, The Financial Times

Sieci społecznościowe

Tagi